Wracamy do Adelaide - i bierzemy pod lupę kolejną kultową australijską grupę, dobrych znajomych Hilltop Hoods, bohaterów pierwszej części naszego cyklu. Oto Funkoars, czyli trio Trials, Sesta i Hons.
Wracamy do Adelaide - i bierzemy pod lupę kolejną kultową australijską grupę, dobrych znajomych Hilltop Hoods, bohaterów pierwszej części naszego cyklu. Oto Funkoars, czyli trio Trials, Sesta i Hons.
Z Sydney, gdzie poznaliśmy The Herd i ekipę Elefant Traks, przenosimy się do kulturalnej stolicy Australii - Melbourne. Zmieniamy też nieco klimaty - dzisiaj zaprezentujemy bowiem sztandarową australijską ekipę zajmującą się szeroko pojętym abstract hip-hopem. Surrealizm i psychedelia na zwariowanych, eklektycznych podkładach z drugiej jednak strony - "świadome", zaangażowane teksty. Powiecie, że niemożliwym jest połączyć te dwa światy? Curse ov Dialect udowadnia inaczej.
Obok Hilltop Hoods, jednym z najbardziej szanowanych zespołów na australijskiej scenie jest mocarny kolektyw The Herd, rodem z Sydney. Wyobraźcie sobie zespół łączący polityczne zacięcie Public Enemy, bystre oko do społecznych obserwacji i melodyjność Looptroop Rockers - oraz bogate brzmienie oparte na żywych instrumentach... Oto The Herd w pigułce.
Kolejnym raperem, którego bierzemy pod lupę jest Drapht, pochodzący z "najbardziej osamotnionego miasta na świecie", Perth. Paul Reid - bo tak ma na imię raper, wywodzi się z rodziny muzyków - w szczególności ojciec, perkusista jazzowy, zaraził młodego Paula muzyką, o czym sam raper wielokrotnie nawija w swoich trackach (posłuchajcie choćby hitowego "Sing It (The Life of Riley)", w którym Paul opowiada o swym pierwszym kontakcie z hip-hopem...). Obdarzony charakterystycznym, wysokim głosem, elastycznym, melodyjnym flow, nieziemsko dobrym uchem do beatów (nierzadko korzystający z "żywego" instrumentarium) - Drapht jest obecnie jednym z najpopularniejszych raperów w Australii.
Mój brat śmigał kiedyś na deskorolce z kolegami, nie jeździłem, ale zawsze z nimi przesiadywałem na betonie. Później gdzieś na internecie brat wyczaił filmik "Hilltop Hoods - Nosebleed Section", gdzie do rapu Australijczyków jakiś koleś robił triki na bmx. Minęło ponad 9 lat, a zajawka australijskim rapem została, no i to, że przy każdej możliwej okazji chcę zarazić muzyką kangurów innych ludzi. Podobnie jak mnie, zaraził Arek C (pozdrawiam!). Na początku w luźnych rozmowach na lasfm, potem prowadząc ze znajomymi fanpage Hip-Hop Kolekcjoner na facebook'u, a teraz na Popkillerze. A naprawdę warto bliżej przyjrzeć się tej scenie.
A co w niej jest najlepsze? Chyba to, że prawie od początku, aż do teraz jest to ciągłe eksperymentowanie z dźwiękami, nie usłyszymy tu prostych patentów na beat, a raczej wyszukanych połączeń, bardzo dużo żywych instrumentów, a nawet płyty nagrywane z całą orkiestrą symfoniczną. Niech muzyka broni się sama, więc jedziemy. Razem z Maciejem zaczynamy serię na temat rap sceny w Australii. Nie będziemy tego przeciągać w jakiś długi wstęp, bo to, co mamy wam do zaoferowania jest naprawdę ogromne.
Niełatwy jest żywot producenta. Możesz mieć na koncie tuziny klasyków i dyskografię, o której 95% zajmujących się tym fachem może tylko pomarzyć, a i tak często przeciętny rapowy zjadacz chleba na dźwięk Twojej ksywki bez wahania sypnie wymownym „Kto?!”. Znakomitym przykładem takiego zjawiska jest pochodzący z Greensboro w Północnej Karolinie DJ Ski, znany też jako Ski Beatz. Sympatyczny, skromny muzyk nigdy nie pchał się na pierwszy plan, nie wbijał do klipów ubrany w odblaskowy, jaskrawy garniak, ani nie doprawiał produkowanych przez siebie tracków rozmaitymi wariacjami frazy „Ski on the beat!”.
Od samego początku dostarczał po prostu najlepsze podkłady dla pierwszej klasy nowojorskich MC’s, tworząc podwaliny studyjnego debiutu Jay-Z „Reasonable Doubt”, produkując cały album Camp Lo „Uptown Saturday Night”, a po piętnastu latach szokując świat innowacyjnym i ultra świeżym „Pilot Talk” z wlatującym do gry Curren$ym. Zanim jednak David Willis wkręcił się w ogóle w produkcję, samplery i odkopywanie zakurzonych płyt winylowych…
Wiadomości o śmierci młodych, utalentowanych artystów zawsze są poważnym ciosem i każą ponownie zastanowić się nad priorytetami w życiu i codzienną pogonią za mniej istotnymi rzeczami… Rok 2016 przyniósł nam już smutne wieści o przedwczesnym odejściu Ymcyka, a mnie osobiście w ostatni czwartek mocno dotknął news o tragicznym wypadku motocyklowym Chrisa Morrisa – 25-letniego rapera i wokalisty z Brooklynu, wychowanego na Florydzie.
Swoje kondolencje złożył już też sam 9th Wonder, który wspierał i śledził karierę Chrisa od momentu, gdy ambitny, 22-letni wówczas MC podesłał mu swoje tracki i zachwycił zdobywcę Grammy przepełnionymi soulem refrenami, uderzającą szczerością bijącą z wersów i nieustannie motywującym przesłaniem, w myśl hasła "In Dreams We Trust".
Rok 2016 coś nie oszczędza legend muzyki - dopiero co zmarł David Bowie, a dziś świat obiegła informacja o odejściu kolejnej legendy... Zmarł bowiem założyciel kultowego zespołu Earth, Wind & Fire i człowiek w ogromnej mierze odpowiedzialny za jego sukces - piosenkarz, muzyk, autor tekstów, producent, charyzmatyczny lider i wulkan pozytywnej energii - Maurice White.
Jest już niedziela - dokładnie tydzień mija od odejścia Davida Bowie... Dziewięć dni od premiery jego ostatniej, pożegnalnej płyty. Na zakończenie Tygodnia z Davidem będziecie mieli okazję przeczytać jej recenzję, autorstwa Rafała Samborskiego... Jednak zanim to nastąpi - myślę, że niezbędną rzeczą jest pewne wprowadzenie do obfitej dyskografii Człowieka z Gwiazd. Opowieść o nim samym, o jego wizji muzyki, sztuki. O wielu maskach jedynego w swoim rodzaju Kameleona muzyki. Postaram się więc, najlepiej jak umiem, poprowadzić Was, czytelnicy, przez bogatą, niezmiernie ciekawą - i stanowiącą przeogromne źródło inspiracji - dyskografię - i przez to, karierę - Davida Bowie.
Zapraszam więc... Oto "Life and times of one David Robert Jones".
East Coast... To tutaj w latach siedemdziesiątych zaczynali Sugarhill Gang, DJ Kool Herc, Afrikaa Bambataa, Kurtis Blow czy później RUN DMC, Public Enemy, Rakim i inni. To właśnie w tej części Stanów Zjednoczonych narodził się, obecnie kochany przez setki milionów ludzi, gatunek muzyczny o nazwie Hip-Hop. Zainspirowany świetnym artykułem autorstwa Pawła Miedzielca o jego dziesiątce najbardziej zmarnowanych talentów z Zachodniego Wybrzeża, postanowiłem zrobić swoją listę takiego typu raperów tylko, że z popularnego i królującego w hip-hopie przez wiele lat East Coastu. Obecnie zepchnięty na dalszy plan (za sprawą trapu z Atlanty i okolic, drillu z Chicago i charakterystycznym dźwiękom DJ Mustarda z Kalifornii) rap rodem ze wschodu coraz rzadziej trafia do masowego odbiorcy.
Mimo, że ostatnimi czasy zdecydowanie jego kondycja się polepszyła za sprawą m.in. A$AP Mob, Frencha Montany, Meek Milla czy Joeya Bada$$a to nadal nie są to czasy, gdy królowali NaS, członkowie Wu Tang Clanu, Jay Z przy wydaniu "Blueprint", G-Unit z 50 Centem na czele, Dipset z Cam'ronem, D-Block czy jeszcze trochę wcześniej, gdy obok Death Row Records to Bad Boy Diddy'ego, Notoriousa B.I.G. i Mase'a było największą stricte hip-hopową wytwórnią w grze. Na fali wymienionych wcześniej artystów próbowało na mainstreamową powierzchnię wielu młodych raperów, którzy często zdecydowanie przewyższali umiejętnościami swoich bardziej znanych "mecenasów sztuki". W rozwinięciu przedstawiam wam swoją osobistą dziesiątkę najbardziej zmarnowanych talentów ze Wschodniego Wybrzeża, którzy mieli wszystko by być na szczycie, lecz przez niezależne od siebie rzeczy lub z powodu własnej opieszałości, się tam nie znaleźli...
Minęło kilkanaście lat od kiedy West Coast rap zszedł z piedestału jaki zajmował do drugiej połowy lat 90-tych. Wymykający się z rąk konflikt East/West zakończony morderstwami Tupaca Shakur'a oraz Biggie Smalls'a i gwałtowny upadek wytwórni Death Row Records sprawiły, że przemysł muzyczny zaczął się odwracać plecami od kalifornijskiego gangsta rapu, który popadł wraz ze swoimi reprezentantami w niełaskę na wiele lat. Tendencja ta utrzymywała się również przez większą część ubiegłej dekady, kiedy to większość raperów z zachodniego wybrzeża zmuszona była wydawać swoje nowe projekty własnym sumptem i praktycznie nikt z wyjątkiem Game'a nie liznął fejmu na mainstream'owym poziomie...
To naturalny mechanizm, że po 14 latach słuchania rapu coraz mniej rzeczy autentycznie mnie porywa, pozwala wyjść poza oceniające ramy i wrócić do pozycji zajaranego dzieciaka, a jeszcze mniej trafia w emocjonalny punkt i przyprawia o ciary. Ten gość jak mało kto spełnia wszystkie te warunki...
Moją uwagę skupił po raz pierwszy, gdy dotarły do mnie wieści, że raper Machine Gun Kelly jako 21-latek zastąpił parę lat temu LeBrona Jamesa w roli idola i dumy Cleveland, gdy miasto wyklęło go za przejście do Miami. W Polsce raperów, którzy dotarli do takiego statusu na skalę swojej miejscowości jest paru na krzyż - Peja, Liroy, O.S.T.R., może Te-Tris, KęKę i Bisz. A tutaj raper przed debiutem? W takim wieku? Jednak gdy wgryziecie się w jego dorobek złapiecie w mig, że nie ma tu miejsca na przypadek, tak jak w tym, że jego naczelne hasło "Lace up" fani hurtem wrzucają sobie pod skórę.
2015 to rok, który zapamiętam ze smutnego powodu. To rok, w którym odchodzą ludzie, którzy w moich oczach zdawali się być niezniszczalni, nieśmiertelni. Wieczni, nawet pomimo sędziwego już wieku. Ben E. King. Król bluesa, B.B. King. Christopher Lee. The Jacka. Spoza muzycznych kręgów - znakomity pisarz i reżyser Tadeusz Konwicki, a także do samego końca zdumiewający inteligencją nestor polskiej polityki, Władysław Bartoszewski. Na początku czerwca odszedł fenomenalny raper, ikona nowjorskiej sceny battle-rapu, Pumpkinhead a.k.a. PH... Teraz zaś - pożegnaliśmy rapera, który - wydawałoby się - jest "większy niż życie", gościa, którego nie pokona nic. Jedyny i niepowtarzalny Mic Tyson. Sean Price. Urodzony 17 marca 1972 roku - zmarł 8 sierpnia 2015...
"Zawsze czułem, że mojemu albumowi nie jest dane się ukazać... Zmieniłem nawet tytuł z 'Black Novella' na 'Dead Duck'. Dead Duck (martwa kaczka) to amerykański idiom, oznaczający coś postrzegane jako bezużyteczne lub porażkę..." - kiedy jednak MC znalazł prawdziwą martwą kaczkę na parkingu koło sklepu Wal-mart, zdał sobie sprawę, że nie może pozwolić, aby najróżniejsze przeszkody i kłody rzucane mu pod nogi powstrzymały go od zrealizowania swojego celu i podzielenia się ze światem historią.
Dlatego też pochodzący z Paterson w stanie New Jersey raper przywdział szaloną kaczą maskę i postanowił niejako zamiast zwierzyny stać się łowcą - Davey Duckhunterem - gościem, który nie porzucił marzenia swojego życia i dopieszczanego przez lata projektu i postanowił za wszelką cenę dopiąć swego. Jego debiutancki album "Dead Duck", promowany niedawnym video dnia na Popkillerze "Gotta Be Magic" ujrzał światło w połowie czerwca i od tego czasu regularnie rozbrzmiewa w naszej redakcji.
Jesteśmy już w środku zamieszania związanego z 4 edycją Młodych Wilków, jednak mamy dla Was jeszcze ostatnią część podsumowania wcześniejszych edycji, które przygotował wrocławski dziennikarz Kuba Stemplowski. Podsumowania 2011 i 2012 już publikowalismy, teraz sprawdźcie, co Kuba uważa o naszych wyborach z 2013 roku.
Masz dosyć muzycznej papki z TV? Popkiller wyeliminuje wszystkie szumy i pozwoli skupić się na tym, co w muzyce naprawdę wartościowe. Zaserwujemy Ci najlepsze piosenki, teledyski, recenzje płyt i newsy z branży hip-hopowej. Wykonawcy ze świata hip-hopu opowiedzą w wywiadach o swoich planach na koncerty i festiwale hip-hopowe. Na Popkillerze znajdziesz to wszystko, my piszemy konkretnie o muzyce.
Popkiller.pl nie odpowiada za treści słowne i wizualne w utworach audio i video prezentowanych na łamach serwisu, a udostępnionych przez wydawców fonograficznych i samych artystów. Nagrania te są prezentowane ze względu na ich walor newsowy i nie przedstawiają stanowiska Popkiller.pl.
REGULAMIN SERWISU /// POLITYKA PRYWATNOŚCI /// POLITYKA COOKIES