Nie ma co ukrywać, że spośród wszystkich członków Tha Alkaholiks to Rico Smith był zawsze tym, który jako pierwszy przyciągał uwagę słuchaczy. Tym bardziej jestem rozczarowany po przeczytaniu dzisiejszego newsa, że raper z powodów osobistych nie będzie w stanie kontynuować trasy i zabraknie go na polskich koncertach grupy. Żałuję ogromie ponieważ po cichu liczyłem, że uda mi się usłyszeć na żywo chociaż fragment jednego z moich ulubionych kalifornijskich singli wszechczasów, czyli "G'z Is G'z".
Xzibit
Xzibit
Jeśli się nie mylę, w roku 2000, kiedy ukazywało się "Marshall Mathers LP", próg do zdobycia platyny dla zagranicznej płyty w Polsce wynosił 100 tysięcy egzemplarzy. Udało się ten próg pokonać i chyba nic w tym dziwnego, kiedy rotacja klipów Eminema w telwizjach muzycznych i w radio, sprawiała, że można go było usłyszeć wszędzie. 100 tysięcy egzemplarzy płyt i kaset z jednym z największych MC ever, talentem, który pojawia się na ziemi rzadko. Czy to znaczy, że został w Polsce w pełni zrozumiany? Różnie z tym bywało. Polscy raperzy podchodzili do niego jakby się trochę wstydzili, obawiali, trzymali dystans. Wielu słuchaczy i koleżków z twojego czy mojego podwórka spinało się na to, że co on wygaduje, skandal, nie można wyśmiewać niepełnosprawnych i że kobietę zabił nawija i na dodatek spalił polską flagę. Nigdy w życiu nie znalazłem potwierdzenia tej głupiej ploty. Antypolski akcent, który okazał się zresztą fejkiem, u człowieka, który generalnie był anty wszystkim, cisnął na lewo i prawo, obrażał bez najmniejszego zawahania, prowokował i kpił. Trzeba skumać, że ta płyta nie będzie sobie zjednywać przyjaciół ani w Polsce ani nigdzie indziej. Em jest wkurwiony, przytłoczony sławą i punchuje na wszystkie strony. Rapował tak, że za mikrofonem czuł się nietykalny. Zupełnie słusznie.
Na tym polegał fenomen Eminema - swoimi umiejętnościami chciał pokazać, że jest za dobry, żeby go cenzurowali, choć przecież i tak to potem robili. Polacy spalenie polskiej flagi uznali za przegięcie, dokładnie tak samo jak środowiska gejowskie, nie kumające, że istotą Slim Shady'ego było to, że nie znał żadnych świętości. Trzeba zrozumieć pewną rzecz: kiedy aktor w filmie gra zły charakter nie możemy ocenić go jako złego aktora. Jeśli postać intryguje, jest charakterystyczna, nawet będąc wielkim chujem, to aktor jest dobrym aktorem. A Eminem świetnym Slim Shadym - komiksowym megadupkiem, który jest ponadprzeciętnie błyskotliwy, ale ma złe intencje i uwielbia bezpruderyjne formy złośliwości. I teraz cytat znaleziony na stronie pytamy.pl ukazyjący jak Eminema nie słuchać (pisownia oryginalna): "flaga to jeszcze nic, podobno wypowiedzial: "Nie lubie polaków" a potem okazalo sie ze to plota byla bo udzielał wywiadu polskiemu dziennikarzowi i powiedzial ze nigdy cos takiego nie mialo miejsca. w kazdym razie ja przestałem go słuchać na kilka miesiecy po tej plotce. Teraz slucham na nowo". Po pierwsze: ton wypowiedzi i konstrukcja zdań, ale przede wszystkim genialne w swej treści zakończenie poprawiają mi humor nawet jak czytam to kolejny raz. Po drugie: nawet wikipedia mnie zaskoczyła sugerując nie tylko, że Marshall nie ma żadnych uwag do Polaków, ale nawet że Eminem jest polskiego pochodzenia - co prawda czterech innych również, ale z pewnością polski pierwiastek dołożył swoje do wybuchowej mieszanki. Beka. Jak nie macie w sobie odrobiny dystansu nie dotykajcie tego albumu nawet. To arcydzieło, ale trzeba trochę przy nim popracować głową. A wcześniej deczko w niej przewietrzyć. Warto.
Dlaczego: Premiera materiału "seryjnych morderców" miała miejsce w najstraszniejszą noc roku, czyli Halloween - teraz B-Real, Xzibit oraz Demrick atakują nas nowym singiel "Wanted", do którego teledysk nakręcił niezawodny Matt Alonzo.
Pierwsza wzmianka o tym projekcie pojawiła się w połowie 2010 roku... Trzy lata później B-Real, Xzibit oraz młody kalifornijski kot - Demrick, przygotowują się do premiery wspólnego materiału o nazwie "Serial Killers".
Ubiegłoroczny "Napalm" okazał się jednym z najlepszych wydawnictw minionych dwunastu miesięcy - niestety, przeszedł trochę bez echa, głównie ze względu na niesamowity hype, jaki wytworzył się wokół mainstreamowego debiutu Kendricka Lamara, który przyćmił niejeden dobry materiał wydany w tamtym okresie. Ale Xzibit nie składa broni, czego dowodem jest zapowiedź nowego albumu, nad którym właśnie ruszyły prace.
Kim jest Tony Touch? Nie muszę chyba tłumaczyć kumatym fanom hip-hopu, których nad Wisłą przecież nie brakuje. Miło mi jednak poinformować, że już w najbliższy wtorek - 9 lipca ukaże się najnowszy album rap ikony, jaką niewątpliwie jest Tony Toca.
S1 A.K.A. Symbolyc One - wielu pamięta go jako undergroundowego czarodzieja. Okres undergroundowy minął bezpowrotnie, a S1 stał się jednym z topowych producentów USA, choć jak sam słusznie podkreślił w tytule nowego mixtape'u - jak na jego zasługi to wciąż trochę niedoceniony. Wystarczy przejrzeć tracklistę hostowanego przez Ryana Leslie mixtape'u - Kanye, Xzibit, Eminem, 50 Cent, The Game, Curren$y, Kendrick Lamar, Beyonce, Jay-Z... Ile osób może pochwalić się taką listą współpracowników? W rozwinięcie znajdziecie pełną tracklistę materiału oraz odsłuch całości.
Pochodzący z Fontany w Kalifornii Hit-Boy jest na dobrej drodze, żeby stać się supergwiazdą. Jego nowa marka Hits Since '87 - w skrócie HS87 zyskuje rozpoznawalność i ciężko się dziwić przy singlach takich jak ten. Numer "Cypher" oprócz członków składu Hit-Boya - Kent M$ney, Audio Push i B Mac The Queen, gości plejadę gwiazd z przeróżnych bajek. Nawijają tutaj zarówno Meth & Red, Raekwon, Rick Ross, Xzibit jak i reprezentujący młodsze pokolenie Casey Veggies i Schoolboy Q. Wielu chciałoby doczekać się współpracy z takim zestawem w czasie całej swojej kariery, a tutaj mamy ich w jednym tracku, który możecie sprawdzić w rozwinięciu.
W Klasyku Na Weekend pisaliśmy już zarówno o debiucie Kalifornijskiego giganta jak i o trzecim "Restless", który na dobre zrobił z niego światową gwiazdę. X jest gościem, którego talent, osobowość, głos i dobór bitów automatycznie klasyfikują go jako classic-makera. Niewielu może pochwalić się swoimi pierwszymi albumami z taką pewnością ich zawartości. Ilu z największych zaliczało potknięcia przy najtrudniejszym podobno w karierze drugim albumie. Wydane w 1998 roku "40 Dayz & 40 Nightz" to krążek o którym w dyskusjach nad najlepszym momentem w dyskografii X to the Z nie wolno zapominać.
To właśnie tutaj ze swoją riot music, kawałkami brzmiącymi jakby nagrywali je tytani albo superbohaterowie, a nie istoty ludzkie, X gruntuje pozycję jako jeden z największych mikrofonowych talentów w historii swojego wybrzeża. Nie da się nudzić. Więcej! Ciężko oderwać uwagę choć na chwilę, a każda taka sytuacja może powodować przegapienie morderczych linijek albo refrenów... Tutaj nie ma miejsca na zapychacze. Wymienianie highlightów jest jak wymienianie wybitnych koszykarzy w historii Lakersów - za co się nie złapiesz, to zasluguje na więcej niż kilka słów. Zapraszamy was na klasyk wagi super-ciężkiej, płytę która przerazi wasze matki, a wam pokaże jak się robi ponadczasowe bangery.
Xzibit postanowił przypomnieć, że jeśli w Kalifornii to trzeba na grubo. Z pomocą pospieszył mu E-40, który swoje niecodzienne flow powyginał tutaj tak, że aż miło. Mimo to nie udało mu się przyćmić gospodarza, który pokazuje, że choć lata lecą dar do składania rymów niezmiennie imponuje. Może tematyka nieco oklepana, a cała treść kawałka sformułowana jest na zasadzie "jestem bogaty, zejdź mi z drogi", ale co by nie mówić, X w takiej konwencji też jest jednym z lepszych.
Sześc lat to szmat czasu w dzisiejszym świecie hip-hopu. Tyle właśnie minęło od premiery ostatniego krążka Xzibita - "Full Circle", który sprawił spory zawód zarówno fanom rapera jak i jego przełożonym, efektem czego było rozwiązanie umowy z Koch Records w wyniku mizernej sprzedaży krążka i powrót na niezależny rynek. W międzyczasie był też znany wszystkim epizod z Pimp My Ride, krótki romans z Hollywood co zaowocowało rolami w kilku niezłych filmach oraz słynny skandal z niezapłaconymi podatkami. Potem pojawiły się plotki o bankructwie rapera więc co zrobił X? Zatoczył pełne koło i wrócił do korzeni - do tego na czym zna się najlepiej, do tworzenia muzyki.
Prace nad krążkiem trwały kilka lat, podczas których zmieniano kolejno tytuł albumu, promujące go single, daty premiery oraz wytwórnie ale ostatecznie "Napalm" wylądował na sklepowych półkach. Czy to powrót Xzibita w glorii chwały?
Nagrać follow-up klasycznego albumu to spory problem dla każdego muzyka. Często pojawia się dylemat dotyczący wyboru środków, które usatysfakcjonują fanów spodziewających się podnoszenia poprzeczki kolejnymi płytami. O czym pisać i w jakiej konwencji? Trzymać się klasyki czy zaryzykować próbując zaskoczyć fanów czymś nieszablonowym?
Większość fanów uważa "At The Speed Of Life" za najlepszy album Xzibita - ja jednak ładnych parę lat temu wręczyłem w tej materii palmę pierwszeństwa krążkowi "Restless", który skutecznie łączy w sobie surowość nawijki gospodarza, cechującej wczesne wydawnictwa z mainstreamowym brzmieniem późniejszych płyt.
"At The Speed Of Life" - debiut Xzibita, wydany w roku 1996. Dziś wielu kojarzy się tylko z nierdzewnym, niesamowitym "Paparazzi". A wielu nie kojarzy się z niczym, a X'a znają od... "X" albo "Pimp My Ride". Czas więc na uzupełnienie braków, bo "Foundation" to numer nie mniej niesamowity niż główny singiel z albumu i track przesycony niesamowitym klimatem tamtych lat.
Siedem lat bez albumu Xzibita to stanowczo zbyt długi czas dla każdego fana jednego z najlepszych MC's w historii Zachodniego Wybrzeża. Właściciel przepotężnego głosu, autor tony hitów kalibru bazooki, flow przed którym można tylko bić pokłony. Nikt nie chciałby mieć takiego żołnierza po przeciwnej stronie barykady. Ci, którzy znają go z Pimp My Ride nie znają go w ogóle. Ci, którzy kojarzą jedynie parę singli - podobnie. Dlatego premiera "Napalmu" jest idealną okazją, by przyjrzeć się Alvinowi Joinerowi bliżej.




































