
Ostatnio, kiedy słucham diss-tracków, czy to z Polski czy ze Stanów, przeważnie moją reakcją jest "co za bzdura". Rozumiem, że w kulturze hip-hop istnieje coś takiego, jak atak na słabszego MC i nikt przecież nie będzie nikomu zabierał prawa do tego typu akcji, ale chyba wolałbym, żeby raperzy zaczęli otwarcie mówić "chciałem zwrócić na siebie uwagę" niż wymyślać argumenty tak tępe, że aż krępujące dla odbiorców.
2012 ledwie się zaczął, a już mamy poważnego kandydata w kategorii "beka roku". Co ciekawe jest nim raper, który wydał niedawno bardzo dobry album i wrócił do łask wielu słuchaczy, którzy wcześniej uważali go za... słodziutkiego cukiereczka w sam raz dla młodzieży z suburbii.






































