Looptroop Rockers "Naked Swedes" - recenzja

recenzja
kategorie: Hip-Hop/Rap, Recenzje
dodano: 2014-11-15 16:00 przez: Dawid Bartkowski (komentarze: 5)

Spotkało mnie delikatne zaskoczenie, kiedy to naczelny stwierdził, że jestem fanem Looptroop Rockers. Dopiero teraz mogę mu to powiedzieć (a raczej napisać), bo wcześniej nie miałem odwagi. Nie, nie jestem. Nie przeszkadza mi to jednak lubić Szwedów rapujących po angielsku. Z prostego powodu. Jakiego? O tym dalej.

Tak jak wspomniałem – daleko mi do bycia fanem składu ze Skandynawii. W zasadzie to chyba nigdy nim nie byłem. Nie przeszkadza mi to jednak lubić ich twórczości, a ta, jak powszechnie wiadomo, jest warta uwagi. I nie tylko uwagi tych, którzy na co dzień interesują się hip-hopem. Dobrze rapują, Embee świetnie produkuje i nie są z USA. Można? Można.

Poznałem praktycznie całą dyskografię Looptroop Rockers. Choć pisząc „poznałem” nie mam na myśli akurat znajomości na wylot. Nie zauroczyli mnie aż tak, żebym miał chęć wracać do nich regularnie. Mam jednak z nimi takie przeżycia, że z ich całej twórczości najlepiej pamiętam takie oto dwie rzeczy. Pierwsza to jakiś skit (czy tam intro) z piłeczkami pingpongowymi, który na tle konkurencji świetnie się wyróżniał. Druga to natomiast fantastyczny koncert w Łodzi z 2010 roku. Do tej pory jest to absolutna czołówka koncertów, na jakich byłem w swoim życiu, a już na pewno ścisły top tych hip-hopowych. Aha, i pierwsze solo producenta składu było przecież świetne. Nawet Druh Sławek polecał. Sprawdźcie koniecznie „Tellings From Solitaria”.

Czas na nowy album. Sporym zaskoczeniem dla mnie było to, że polskim dystrybutorem płyty będzie Prosto (gwoli ścisłości w Niemczech zajmuje się tym szanowana przeze mnie Jakarta, a w Szwecji Sony Music). Zaskoczeniem nie jest natomiast poziom „Naked Swedes”. Jest dobrze, ale... Zawsze mogło być lepiej, szczególnie patrząc na poprzednie dokonania grupy.

Spotkałem się już z negatywnymi opiniami, które krążą wśród moich znajomych, na forach internetowych czy tam jakichś blogach. Oceńmy to, czym „Naked Swedes” jest, a nie to, czym być by mogło. A jest nawet niezłą płytą. Nie kompletną, nie wpadającą za pierwszym razem w ucho, ale taką, której warto dać szansę. Może u niektórych osób ją wykorzysta? Ja zaliczam się do tych, którzy najnowsze dzieło Szwedów chwalą. Nie pod niebiosa, bo byłoby to sporym nietaktem w stosunku do ich wcześniejszej twórczości jak i kilku(nastu) lepszych płyt, które ukazały się w tym roku (m.in. w samych Prosto i Jakarcie, gdzie albumy Czarnego i Blitza pokazują tej produkcji miejsce w szeregu), ale w rachunku plusów i minusów zdecydowanie wysunąłbym kciuk w górę.

Pierwsze za co trzeba pochwalić „Naked Swedes” to gościnne występy, które świetnie urozmaiciły album. Panowie z CunninLynguists – Deacon i Natti, Seinabo Sei, Sabina Ddumba i Husni Hassan wprowadziły trochę kolorytu do trochę smutnych i już przerobionych przez wszystkich członków zespołu tematów. Większość rzeczy, które tu znajdziecie, była już na każdej wcześniejszej płycie Looptroop Rockers, z niejednokrotnie lepszym efektem. Wystarczy sobie przypomnieć tylko, powszechnie uważane za klasyki europejskiego rapu, „Fort Europa” czy „The Struggle Continues”, do którego odnosił się w swoich kawałkach Te-Tris. Monotematyczność nie jest tu słowem-kluczem, bo byłoby to również mocno niesprawiedliwe w kontekście ich twórczości, ale chciałbym usłyszeć trochę więcej niż rapu dla rapu, moralizatorstwa czy tekstów o miłości.

Jednak... Looptroopowcy nadal potrafią zarapować tak, że szczęka opada, dać świetne refreny (co jest jednym z ich znaków rozpoznawczych) i mają dość duże umiejętności na mic'u ze wskazaniem na Promoe. Fajnie wypadają pod tym względem tytułowy utwór, „Ugly Face” czy We Got Guns”. A już z całą pewnością takie „Illegal” czy „Sea of Death” (które w pierwszej chwili skojarzyło mi się z Mikem Skinnerem) są jednymi z najlepszych kawałków w całej ich twórczości. Szkoda tylko, że reszta jest taka „typowa” i powyżej stanów średnich raczej nie wyskakuje.

Rap, ujmując go całościowo, utrzymuje się na wysokim poziomie, ale bez progresu. Podobnie jak produkcje, za którymi stoi Embee, z tą różnicą, że na nim można zawsze polegać i rzadko (o ile w ogóle) nudzi. Potrafi też się bawić beatami i wprowadzać coraz to nowsze patenty, które na większą skalę zapoczątkował na „Good Things”. Fajnie, że cały czas słychać, że to on jest za sterami, ponownie robi doskonały opener i wprowadzenie do płyty - „Line Check”, dobrze zagra na klawiszach, wynajdzie jakieś ciekawe sample itd. Jedyna rzecz, do której naprawdę nie można się przyczepić. A co jest też bardzo ważne – na dobrych sprzętach jego robota brzmi świetnie. I to powinniśmy zacząć w końcu doceniać w hip-hopowych wydawnictwach.

Warto dać szansę, ale nie jest to mus, bez którego nie będziemy w stanie się obejść. Typowe 3+, może nawet 4, jednak nie więcej. Masz chwilę czasu i chcesz sprawdzić coś z wydawniczych nowości? Śmiało. Wielkiego zawodu nie ma, a za jakiś czas i tak się do tego wróci. Skoro fani trochę narzekają to pewnie musi coś być na rzeczy. Ja podchodzę na chłodno. Za jakiś czas znowu się zakręci w odtwarzaczu, a na pewno w samochodzie podczas nocnej jazdy. Bo tam jest chyba jej miejsce.

reklama
ja
to z piłeczkami pingpongowymi to fort europa a nie jakiś skit!!!!oneone
doggzloop
chyba właśnie intro na płycie fort europa - kawałek o tym samym tytule co płyta to track nr 2 na płycie
doggzloop
chyba właśnie intro na płycie fort europa - kawałek o tym samym tytule co płyta to track nr 2 na płycie
play_your_cards
Cztery akapity i ani słowa o płycie. Dalej nie lepiej, żadnych cytatów, linijek, po przeczytaniu nie wiem o czym jest ta płyta ani jak brzmi. Jaki sens recenzować marnie na przymus
pl
[2]

Plain text

  • Adresy internetowe są automatycznie zamieniane w odnośniki, które można kliknąć.
  • Dozwolone znaczniki HTML: <a> <em> <strong> <cite> <blockquote> <code> <ul> <ol> <li> <dl> <dt> <dd>