Jay-Z "Magna Carta Holy Grail" - recenzja

kategorie: Hip-Hop/Rap, Recenzje
dodano: 2013-07-29 18:00 przez: Daniel Wardziński (komentarze: 16)

Różnie wyglądały spotkania Jaya-Z z zastanym w danym czasie stanem rapu. Nie jestem w stanie zapomnieć mu druzgocącej porażki jaką dla mnie wciąż pozostaje "Blueprint 3", a daleki też byłem od zachwytów nad "Watch The Throne". Wszystko co ukazywało się jako zapowiedź "Magna Carta Holy Grail" robiło apetyt na nową jakość, na zwrotki Jaya w najwyższej dyspozycji, na lepszy dobór produkcji i ciekawszą konstrukcję całego krążka. Muzycznie pierwsze skrzypce mieli zagrać Timbaland i J-Roc, ale nie zabrakło miejsca zarówno dla starych znajomych jak Pharrell czy No ID, ale też świeżych postaci pokroju Hit-Boya, Travisa $cotta czy Mike Will Made It.

Mój pierwszy kontakt z tym materiałem był o dziwo dosyć uciążliwy. Coś mi w tym nie grało, miałem wrażenie, że nie wszystko skrojono na odpowiednią miarę, że flow nie zawsze brzmi tak jak mogłoby przy takich możliwościach... Czasem jednak jest tak, że do pewnych rzeczy trzeba się przyzwyczaić, żeby móc je w pełny sposób docenić. Udało się. Koniec końców trzeba przyznać, że "Magna Carta Holy Grail" spełnia przynajmniej większość pokładanych w niej nadziei. Próba zrobienia płyty, która jednocześnie zaspokoi oczekiwanie publiki niemalże popowej i rapowych wieloletnich sympatyków to bardzo ambitne wyzwanie.

Ten album to komercyjne zwycięstwo, w karierze Shawna - nic zaskakującego. Najpierw bardzo intratny deal z Samsungiem, potem ugięcie się IRAA w kwestii certyfikacji sprzedaży muzyki jako downloadu dla określonego urządzenia, w końcu ponad 500 tysięcy egzemplarzy fizycznych w pierwszym tygodniu. Dwunaste pierwsze miejsce na liście Billboardu z rzędu. Dodajmy do tego, że chociaż nic nie zostało oficjalnym singlem, numery z albumu trafiły na listy przebojów na całym Świecie. Ilu artystów debiutujących w podobnym okresie co Jay straciło od tamtego czasu 95% fanbase'u i zostało zepchniętych w czeluście undergroundu, a dziś zależy od łaski i niełaski koneserów brzmienia ich czasów? Jay konsekwentnie szedł do przodu, czasem imponowało to mniej, czasem bardziej, ale koniec końców zaprowadziło do punktu, w którym może robić albumy takie jak ten.

Moje początkowe wątpliwości wiązały się głównie z flow. Gość, który potrafi być jak karabin maszynowy i jest w stanie zarapować najbardziej powyginane stylowo rzeczy jakie jesteście sobie wyobrazić, tutaj często stosuje zabieg długiej pauzy między poszczególnymi wersami. Oczywiście nic to nowego, szczególnie w dzisiejszych realiach, ale często miałem wrażenie, że Jay tutaj nie tyle używa pauzy, a raczej się z nią boryka. Przyznaję, że kolejne odsłuchy utwierdzają w przekonaniu, że w taki sposób Jay też ma turboflow, czasem trzeba tylko do niego trochę przywyknąć. Uwzględniając fakt jak niełatwo w takiej rytmice wracać w tempo oraz co nie mniej ważne - jak nie popaść w niewolę rapowego banału, po prostu trzeba cenić to co znalazło się na krążku. We wszystkich stylistycznych zabiegach nie ucierpiała treść. Carter jest w bardzo wysokiej dyspozycji, a kozackie wersy sypią się jeden za drugim, a wspomniane pauzy pozwalają docenić ich impet. Jay ma pełne wyczucie i kontrolę nad swoim rapem, kocha wieloznaczne wersy i znaczenia poszczególnych słów czy nawet brzmień, lubi zaskakiwać... Ponownie słychać tutaj jego niesamowity dar, który grubo przekracza wyszlifowane skillsy, bo momentami jest to poziom nieosiągalny nawet dla tych, którzy każdą minutę życia poświęcą na ćwiczenie stylu. Skurwiel nadal ma to coś. Zawsze był dobry w rozwijaniu myśli "Mo' Money Mo' Problems", nadal robi to najlepiej, a do tego potrafi wziąć na warsztat kontrowersje związane z przekłamaniami historii USA, dzięki czemu "Oceans" zostaną w pamięci na zawsze. Podobnie "Jay Z Blue" skoncentrowane na nowej roli: roli ojca małej Blue Ivy. Oczywiście w kozackiej charakterystyce porównawczej do swojego dzieciństwa, które nie wyglądało tak jak to na które zapracował dla swojej córki. Dużo tutaj tak świetnycha wersów jak chociażby zamykające drugą zwrotkę: "I don't wanna duplicate it/ I seen my mom and pop drive each other mothafuckin' crazy/ And I got that nigga blood in me/ I got his ego and his temper, all is missing is the drugs in me".

Muzyczna pogoń za świeżością i aktualnością muzyki też raczej do pochwały. Timbalandowi i rzeszy producentów pracujących nad materiałem udało się zmieścić sporo rzeczy, jednocześnie nie tracąć nic z płynności materiału i klimatu całości. Kontrowersje związane z samplowanie Adriana Younge'a to też rzecz na którą można przymknąć oko, tym bardziej, że perkusjami Timbo i J-Roca całość hula jednak odmiennie, choć główny motyw wykorzystano dosyć mało kreatywnie. Co z tego skoro za chwilę minimalistyczny "Tom Ford" porywa z miejsca, a "Fuckwithmeyouknowigotit" z Rickiem Rossem zaraża w sekundę, bo w tym nurkującym basie można utonąć. Nieco zaskakujące dla mnie jest to, że Ross wchodząc ze zwrotką w której prawie każdy wers kończy się słowem "nigga" robi to zaskakująco błyskotliwie i buja jak diabli. Udało się zmieścić i kolejny sztos Hit-Boya, który produkuje tak jakby chciał odświeżyć nasze wspomnienia z "Late Registration", i syntetyczne cudo od Mike Will Made It, i klasyczny staroneptunesowy banger Pharrella. Swizz Beatz brzmi zaskakująco klasycznie, a Travis $cott pokazuje dlaczego jako producenta docenił go Kanye. Nie sposób się nudzić przy tym materiale. Z mojej strony rada: jeśli nawet na początku wyda wam się na, że nie wiadomo "o co chodzi" w tym albumie, warto poćwiczyć cierpliwość, bo i tekstowo i muzycznie o coś zdecydowanie chodzi. Jeśli miałbym oceniać to chyba najlepiej w skali jego dyskografii. Nie zgodzę się, że to najlepszy krążek Shawna Cartera od "Black Albumu", ale na pewno nie gorszy od "American Gangster" czy "Kingdom Come", choć oczywiście kompletnie odmienny brzmieniowo. Przy czym w moim wypadku to zdecydowanie komplement - obydwa albumy bardzo cenię i uważam za ważne. Z "Magna Carta" jest tak samo. Nie wolno przegapić. Dużo hałasu o COŚ.

 

reklama
zioom
Dobra recka, rzeczywiście trzeba trochę wkręcić się w płytę żeby trafiła, ale w końcu trafia. Jay daje ciągle radę!
Undertaker
Najgorsza płyta Jay'a od lat. Lirycznie to już daaawno nie było tak słabo. Jay stracił pazur, stracił ikrę, na albumie było może 5 quotables, a poprzednie płyty, nawet hejtowany przez autora B3 miały tego w chuj. Flow też Jigga nieco stracił, nawija niekiedy jakby chciał a nie mógł a niekiedy całkiem na odpierdol. Produkcja ratuje projekt Picasso Baby świetne tak samo Somewhere In America., Goście też zawiedli. Poza Justinem który jako drugi białas zamordował Jay'a na jego własnym tracku i Beyonce, to np. taki Rick Ross to do odstrzału za najgorszą zwrotkę roku, serio. Ktoś z Dead End Hip Hop świetne to podsumował, że ten album to jak oglądanie Jordana w koszulce Wizards. Są momenty, ale, po co to wszystko? I mówię to jako wielki fan Jay'a.
Zzajawkowicz
Ja po pierwszym odsłuchu miałem pozytywne odczucia, lecz z każdym kolejnym miałem coraz gorsze, skipuje prawie całość, zostawiłem sobie tylko "Crown", "Beach is Better"( 52 sek. kpina ) i "Nickels and Dimes".
tbegbnegn
ja raz przesłuchałem i mi sie wkręciła.Może lepiej nie słuchać drugi raz :D? Sporo też racji jest w tym,co napisał Undertaker,ale chyba obecnie w rapie jest trend chuj wie jak to nazwac "więcej formy,mniej treści" #Tede @ Undertaker,co do Rossa,to to jest zwrotka na jego normalnym poziomie :D
Undertaker
Akurat Jay był mistrzem formy nie treści (choć czasem tego też). Tutaj żadnego dobrego puncha nie znajdziesz. A w rapie teraz jest raczej balans, są wacki bez jakiejkolwiek treści i formy typu Chief Keef, są też zajebiści tekściarze a są pięknie latający double time flow raperzy. A Co do Rossa, uwierz mi, stać go na o wiele więcej. Nie jest już taki chujowy jak parę lat temu. 2 ostatnie albumy całkiem spoko.
maciej z południa
rap się zmienił i on już nie musi nakręcać i pokazywać czegoś nowego, teraz tylko na spokojnie (nic nie musi) udowadniać kotom, że może zrobić to w ich stylu i cyknąć dobry album. identyczna sprawa u mnie - po pierwszym przesłuchaniu stwierdziłem, że hajs w błoto, ale wróciłem po tygodniu i jest pięknie. jay może wszystko zrobić i odstawić na szerokość wszystkich. skille nie są tu potrzebne, tu są potrzebne duże głośniki.
nigdyniewiesz
moim zdaniem album bardzo dobry, wkretka jest jak się posłucha kilka razy, a takie utwory jak Picasso Baby czy Tom Ford najbardziej mi zostały w pamięci, choć oczywiście jest jeszcze kilka mocnych tracków
NołnejmX
Nie wspomnieć o BBC z featuringiem Nas'a (uncredited) to juz jest przegięcie dla mnie najlepszy kawałek na albumie a Jay-Z z Nasirem "zamienili" się na flow i ten zabieg się udał :D
3tana
Ja ugryzę to z nieco innej strony. Wychodzą płyty na które czekałem - J. Cole, Wale. Wiadomo, podejście inne no bo człowiek czekał i no nie zawiódł się. Nagle pojawia się też nowy album Jay-Z. Nigdy nie byłem jego fanem. Nie przesłuchałem nawet całej dyskografii...I nagle odpalam sobie Magna Carta Holy Grail - zaskoczenie, album na prawdę bardzo fajny. Gość którym się w ogóle nie jarałem wydaje coś co podczas pierwszego dnia słuchałem 2 albo 3 razy i słucham go średnio co drugi dzień rozglądając się za resztą dyskografii. Z tego co widzę żaden album nie zszedł poniżej platyny, więc jak już ktoś wspomniał on już nic nie musi - on może. Nie potrzebuje niczego udowadniać. Moim zdaniem z rapu i tak wyniósł najwięcej - same platyny, miliony, rozpoznawalność, nawet sympatie Prezydenta Stanów Zjednoczonych:) Dla mnie żaden kawałek nie nudzi, żaden bit nie jest słaby - cieszę się, że Timbaland się tak zaangażował bo brakowało mi trochę jego produkcji:) Dla mnie zaskoczenie roku. Recenzja dobra - trzeba tego posłuchać kilka razy:D
Mateusz Śmigielski
Pierwsze wrażenie najlepsze, czyli że całkiem dobra płyta jak na Jaya. Jestem fanem i czekałem na tą płytę. Niestety średnio. Po kilku przesłuchaniach wracałem głównie dla nickles & dimes
Undertaker
Track z Nasem gówno w chuj, nie postarali się.
kokonm
KIEDY W USA W PRZEMYŚLE MUZYCZNYM SKOŃCZY SIĘ WRESZCIE MODA NA TO BY BYĆ ILLUMINATOM? (JAY-Z, RIHHANA, LADY GAGA, KANYE WEST, BEYONCE, KE$HA I INNE DURNIE ROBIĄCE WODĘ Z MÓZGÓW MŁODYCH AMERYKANÓW)
Mandigo
"Nie jestem w stanie zapomnieć mu druzgocącej porażki jaką dla mnie wciąż pozostaje "Blueprint 3" i przestałem czytać te wypociny
sawa
jay-z zakonczyl kariere z blueprint 3. dziekuje
Chi-York
@ sawa - ty zakończyłeś swoją karierę na tym portalu powyższym stwierdzeniem. dziekuje
jr
czy ktos zakupil album? jak prezentuje sie wydanie?

Plain text

  • Adresy internetowe są automatycznie zamieniane w odnośniki, które można kliknąć.
  • Dozwolone znaczniki HTML: <a> <em> <strong> <cite> <blockquote> <code> <ul> <ol> <li> <dl> <dt> <dd>