Fugees "The Score" (Klasyk Na Weekend)

recenzja
dodano: 2012-07-07 17:00 przez: Daniel Wardziński (komentarze: 7)
Rok 1996 to dwa wydarzenia, które w karierze Lauryn Hill należy uznać za absolutnie kluczowe. Pierwszy to występ w jednym z najlepszych duetów raper/wokalistka jakie powstały kiedykolwiek czyli legendarnym "If I Rule The World (Imagine That)" Nasa. Drugie to premiera drugiego krążka jej pierwszej grupy - Fugees.

Wielu może to zdziwi, ale "The Score" wcale nie jest pierwszą płytą zespołu. W 1994 ukazało się "Blunted On Reality" do którego może będzie jeszcze okazja wrócić. 1996 zmienił życie Lauryn, Wyclefa i Prasa na zawsze. Prawie 6 milionów sprzedanych egzemplarzy w samych Stanach, wielokrotna platyna w różnych zakątkach Świata (w tym w Polsce!) pęczniejące konta bankowe... Nic dziwnego - ta płyta jest naprawdę wyjątkowa.

To, że Lauryn Hill była wtedy jednym z najlepszych wokali na Świecie to jedno, ale powodów dla których "The Score" gra w głośnikach do dziś jest więcej. Dwóch haitańskich członków zespołu czyli Wyclefa i Prasa, w perspektywie ich późniejszych karier może ocenia się dziś trochę niesprawiedliwie. Ten pierwszy popełnił wiele komercyjnych grzechów, a Pras zrobił hita z "Ghetto Supastar" i zniknął robiąc soundtracki do filmów... Co z tego skoro w 1996 było zupełnie inaczej?

Kiedy ogląda się nagrania z tras Fugees to co rzuca się w oczy najbardziej to zabawa. Oni uwielbiali bawić się muzyką, a genialne covery Boba Marleya i Roberty Flack to nie wszystko... Publika na koncertach mogła np. usłyszeć Jeana rapującego klasyki z "Great Adventures" Slick Ricka czy śpiewającego "Purple Rain" Prince'a. O tym, że Wyclef jest jednym z największych talentów i multiinstrumentalnych mózgów w grze nawet nie wspominam. Charakter muzykalności nadawanej swoim rapowym kompozycjom, jak i późniejsza ścieżka kariery kojarzą go trochę z will.i.am'em. Obydwaj w najwyższej formie i przy dużym zaangażowaniu byli absolutnie wielcy.

Dowodem wielkości jest udźwignięty ciężar wyprodukowania zdecydowanej większości pierwszego albumu grupy, który spadł na Wyclef Jeana. Słucha się tego rewelacyjnie, zarówno w wydaniu gritty-rapowym a'la ówczesne New Jersey, jak i w tym odpływającym od hip-hopu w kierunkach karaibskich i zarazem wciągającym jak mało co. Pras wjeżdżający z głosem smoka i wymową jakby nigdy nie zdarzało mu się nie ściskać szczęk... Pomimo tego bardzo łatwo go zrozumieć, a jego komunikatywność trochę nasuwa skojarzenia z Jeru. Nie jest z pewnością wirtuozem mikrofonu, ale ma momenty, które budują szacunek do jego umiejętności - czasem bardziej toasterskich niż rapowych.

A Lauryn? Jest gwiazdą. Jest piękna, śpiewa jak nikt. Niespecjalnie można tu coś dodać, tłumy ludzi czekających na to, aż w końcu puści coś nowego nie są przypadkowe. Krew się we mnie gotuje, kiedy ktoś opisuje ją jako wokalistkę r'n'b. Na "The Score" Fugees Miss Hill to przede wszystkim MC! Jej zwrotki w historycznym kawałku tytułowym (produkcja Diamonda D!), "Family Bussines" czy "How Many Mics" powinno zakodować to w baniach ludzi na zawsze. Same single, które zapewniły tej płycie tak szeroki rozgłos pokazują z jak dużą rzeczą mamy do czynienia. "Ready Or Not" przeorane na wszelkie sposoby wciąż powoduje ciarki, kiedy wjeżdża główny motyw i wokal Lauryn. "Fu-Gee-La"? Esencja. Wywiad po premierze - "my nie czerpiemy z hip-hopu, my robimy hip-hop". True story. Lekcja obowiązkowa!

 

reklama
Nalesnik z gruszkami
"Dowodem wielkości jest udźwignięty ciężar wyprodukowania zdecydowanej większości pierwszego albumu grupy, który spadł na Wyclef Jeana." No przed chwilą napisałeś, że to drugi album. Sam Klasyk jako cykl jak zawsze propsuję. Sprawdzę album, dzięki.
Zajawkowicz
No Daniel napisał to uwzględniając "wielkość" Wyclef'a. PS: I pomyśleć że te hitowe single latały kiedyś na Vivie, piękne czasy ;)
eS
Ready or not- nieśmiertelny bengier. Dobry album, dobry wybór na Klasyk Na Weekend.
Anonim
u la la la jak cycki nigdy się nie znudzi
varroz
Jedyne czego można żałować, to że kariera zespołu potoczyła się dalej, jak się potoczyła. Klimat tego albumu jest nie do podrobienia, osobiście nie słyszałem chyba drugiego tak eklektycznego, a zarazem spójnego od początku do końca materiału. Zaraz od mrocznego, nieco tajemniczego brzmienia "Ready or Not", przez poruszające "Killing Me Softly" z chwtającym za serce wokalem Lauryn, kopiące dupę zajebistością "The Score", po optymistyczne "No Woman No Cry", album jest chyba najlepszą demonstracją talentu grupy. Jersey wychowało wielu znakomitych artystów, ale w rapie tego, co osiągnęło Fugees, żadnemu z nich nie udało się powtórzyć.
piotrek258823
Trzeba wierzyć że może jeszcze kiedyś spotkają się razem w studio ;) Lauryn coś tam niby majstruje, ale jej ten niby nowy singiel jest straszny ;/.
Kl@un Szyderca
A pomyśleć, że jak ten album się ukazał, to pamiętam jak "prawdziwi HH" sarkali, że to komercja, m.in. dlatego że tłuką po Vivach i innych MTV. Hehehe... No cóż, pokłócili się: za duże ego, za dużo kasy. I Lauryn i Wyclef uważali się za geniuszów i nie chcieli ustąpić innym ani trochę blasku :) Ale uważam, że to dobrze, że się skończyło na czymś takim. Nazwa pozostała niezbrukana, nie przyćmili tej płyty jakimiś późniejszymi dziwnymi wydawnictwami. Całe szczęście, że Lauryn jeszcze zdążyła wydać świetny album solowy, zanim popadła w niebyt i jakieś psychiczne odloty. Odnośnie geniuszu Wyclefa, to podobnie jak will.i.am, ma za duże ego. Jakby skończył na produkcji, byłoby świetnie, bo ma talent. Ale jak łapie za mikrofon, to już jest znacznie słabiej.

Plain text

  • Adresy internetowe są automatycznie zamieniane w odnośniki, które można kliknąć.
  • Dozwolone znaczniki HTML: <a> <em> <strong> <cite> <blockquote> <code> <ul> <ol> <li> <dl> <dt> <dd>