Jaki był realny wpływ 50 Centa na rozwój rapu? - felieton i analiza

Środa, 26 października będzie dla mnie dniem szczególnym - swoistym zamknięciem klamry. To właśnie tego dnia, po raz pierwszy na żywo zobaczę koncert człowieka, dzięki któremu tak mocno pokochałem rap. Poprzednie koncerty odbywały się w czasach, gdy byłem jeszcze zbyt młody by móc pojawić się na nich osobiście, a biorąc pod uwagę, że nie wiadomo, kiedy doczekamy się kolejnego - 50 Cent nigdy nie był dla mnie tak blisko. Z okazji zbliżającego się koncertu, który odbędzie w Tauron Arenie w Krakowie zaprosiłem przeróżne osobistości związane od lat z rapem by pomogły mi odpowiedzieć na jedno, bardzo ważne pytanie - "jaki jest realny wpływ 50 Centa w rozwój rapu?"

Ten tekst to trochę prywaty, połączonej także z weryfikacją opinii z innymi osobami. Dla równolatków i starszych ode mnie będzie to być może miła podróż w czasy przeszłe, dla młodszych odbiorców - szansa na poznanie postaci 50 Centa z trochę innej perspektywy, niż tylko te najbardziej znane, nieśmiertelne single.

Nie mam zamiaru rozkładać na czynniki pierwsze niezwykle barwnego, iście filmowego (co zresztą zostało zrealizowane) życiorysu Curtisa Jacksona. Słuchając rapu, musisz być świadomy kim jest 50 Cent, kropka. Dorastając na ulicach Queens, okolice South Jamaica nie były idealnym miejscem do tego by chłonąć pozytywne wzorce. Od najmłodszych lat musiał polegać przede wszystkim na sobie. W wieku 8 lat stracił swoją matkę, ojca nigdy nie poznał. Wychowywany przez dziadków od najmłodszych lat widział biedę i przemoc. Bardzo szybko poznał co to znaczy żyć na ulicy, bo już w wieku 12 lat handlował narkotykami. Jego dziadkowie byli pewni, że uczestniczy w poszkolnych kółkach zainteresowań. Jego interesowało jednak zupełnie co innego. W szkole średniej aresztowano go po raz pierwszy. Wtedy uznał, że nie ma sensu tego ukrywać, dziadkowie dowiedzieli się czym tak naprawdę zajmuje się ich wnuk. Kiedy w 1994 roku został aresztowany po raz kolejny, czuł widmo zbliżającej się, dłuższej odsiadki. Groziło mu 9 lat. Skończyło się na 6 miesiącach poprawczaka, gdzie uzyskał średnie wykształcenie. Wtedy zrozumiał, że czas wziąć sprawy w swoje ręce. Czas zacząć gonić za swoimi ambicjami - ambicjami hustlera.

W 1996 roku poznał legendarnego Jam Master Jaya z Run-DMC. To Jay pokazał mu jak liczyć rymy, jak składać zwrotki, tworzyć chwytliwe refreny. Gdy cały świat opłakiwał tragiczną śmierć Tupaca i Biggiego - symboli Zachodniego i Wschodniego Wybrzeża, Fiddy konsekwentnie budował swój warsztat, a ulice Nowego Jorku zaczęły powoli mówić, że na horyzoncie pojawia się "next big thing". Nadchodził nowy talent.

Wszystko zapoczątkowała premiera "How To Rob" - singla, który po raz pierwszy ukazał szerszemu światu, jak bezkompromisowym artystą jest 50 Cent. Oto, dopiero co startujący do wielkiej sławy 23-latek z Queens otwarcie, w nieco komiczny sposób mówi, jak obrabowałby samą śmietankę ówczesnych celebrytów. Od muzyków, przez aktorów, skończywszy na Mike'u Tysonie. Columbia Records, czyli label który umożliwił mu ten debiut, wiedział, że ma w swoich szeregach artystę, przed którym potężny sukces komercyjny. Marcin Blind - naczelny portalu FollowRap, współpracujący również z RapNews bardzo trafnie zauważył, że raper nigdy nie chciał być cieniem kogokolwiek. "Patrząc na karierę 50 Centa jestem pewien jednego - Jam-Master Jay musi być dumny ze swojego odkrycia. 50 od początku swojej kariery nie chciał być cieniem kogokolwiek. To on miał rozdawać karty i doskonale rozumiał zasady gry. Przypomnę tylko, że w utworze "How to rob" zaatakował chociażby takie ikony jak: Jay-Z, Ghostface, Juvenile, Big Pun, Sticky Fingaz, Raekwon, Lil Kim, Missy Elliott lub Kurupt. Nasz MC miał wszystko, by odnieść sukces. Jego oficjalny debiut był jednym z najbardziej wyczekiwanych w historii. Za plecami nowojorczyka stanęli Dre oraz Eminem. Dodając do tego talent Curtisa do przekazywania ulicznych historii, połączonych z radiowym vibem, był on skazany na sukces."

Wszystko zostało jednak brutalnie przerwane 24 maja 2000.

To właśnie wtedy, tuż przed domem swojej babci, gdy jego syn Marquise znajdował się w środku - został postrzelony dziewięciokrotnie. Kule dosięgły jego dłoń, ramię, biodro, obie nogi, klatkę piersiową oraz lewy policzek. Kule, które dosięgły policzka spowodowały obrzęk języka, utratę zęba mądrości, co skutkowało zaburzeniem głosu. Wszystko dwa miesiące przed oficjalnym, legalnym debiutem pod skrzydłami Columbia Records. "Power of the Dollar", które miało być jego faktycznym debiutem zostało wyrzucone do kosza, przynajmniej przez label.

How To Rob - 50 Cent [Music Video]

Ulice jednak nie pozwoliłyby ten materiał pozostał tylko ciekawostką, której nigdy nikt nie usłyszy. "Power of The Dollar" zostało zbootlegowane i zaczęło krążyć, a 50 Cent zaczął być nazywany kuloodpornym. Z powodu kontuzji odniesionych podczas feralnego 24 maja 2000 roku Fifty musiał zmienić swój sposób nawijania, stawiając na bardziej leniwe flow, nie tracąc przy tym swojej pewności siebie. Ba, po przeżyciu wydawać się mogło niemożliwego, do przeżycia ataku, jego ego wywindowało jeszcze wyżej. Współpraca z Columbia Records została zerwana, a sam Jackson postanowił przebić się klasyczną drogą - z ulic na salony. W 2002 rozpoczął nową dla siebie erę. Era, która na zawsze zmieniła cały świat rapu. Erę mixtape'ów.

To właśnie dokładnie 20 lat temu ukazał się pierwszy mixtape "Guess Who's Back". W całości zrealizowany w Kanadzie, gdzie Fifty wyjechał po tym, jak przez konflikt z Columbia Records znalazł się na "czarnej liście branży" i nie mógł znaleźć ani jednego studio do nagrywek w całych Stanach. To do dziś jeden z najlepiej sprzedających się mixtape'ów w historii. Dla samego 50 Centa znaczy jednak znacznie więcej. To na ten projekt trafił Eminem, który po odsłuchu postanowił zwerbować go pod swoje skrzydła. W krótkim czasie zmaterializował się jego pierwszy, opiewający na milion dolarów kontrakt, sam Fifty poznał Dr. Dre, a resztę tej historii znacie bardzo dobrze. Rozpoczęła się era, kiedy 50 Cent dzielił i rządził.

Dalszych losów streszczać nie muszę, dlatego sprawnie możemy przejść do sedna całego tekstu.

Był rok 2005, a na czołówkach list przebojów na całym świecie niemal wszędzie można było spotkać jeden singiel – „Candy Shop”. Potężny bit Scotta Storcha, Fifty w swoim żywiole. Bezpruderyjny, tryskający pewnością siebie. Mając wtedy dziesięć lat, nie ukrywam – trochę nie ogarniałem, o co w tym wszystkim chodzi. Starając się wtedy tłumaczyć ten tekst, nie znając drugiego dna, zastanawiało mnie – dlaczego on chce zabrać nią do cukierni?! Wybaczcie mi te wpadkę w interpretacji – przypominam, że byłem jednak dzieciakiem, który dopiero poznawał świat rapu, czy też język angielski.

To jednak „Candy Shop” było moim pierwszym zetknięciem się z muzyką bohatera środowego koncertu. Pomijając moją konsternację refrenem, który wtedy rozumiałem na swój sposób, singiel był potężny – wsiąkłem totalnie. Internet w moim domu dopiero mieli nam podłączyć, dlatego głównie polegałem na starszym kuzynie, który był moim dostarczycielem nowej muzyki w czasach mojej wczesnej młodości. Któregoś razu przywiózł mi wypalone „Get Rich Or Die Tryin’”, a ja już wtedy wiedziałem, że mam do czynienia z jednym z moich ulubionych raperów. O wpływie oficjalnego debiutu wydanego w 2003 roku wspomina zresztą Kajetan Szewczykniezależny dziennikarz muzyczny oraz raper (jego twórczość znajdziecie pod pseudonimem Kadet Szewczyk, wydał niedawno naprawdę świetny album, który gorąco polecam - przyp. ŁR), który na moje pytanie o faktyczny wkład 50 Centa w rozwój rapu odpowiedział tak:

„Zakładam, że wszystkie osoby, które o to pytałeś wskazały na zrewolucjonizowanie instytucji mixtape’u i przewodzenie G-Unit. Ja wskażę na coś, co po części wynika z faktu wyłapania przez Fiddy’ego dziewięciu kulek. Kto słyszał “Power of the dollar”, ten wie, jak 50 Cent rapował przed rozwinięciem skrzydeł pod okiem Dre i Eminema. Przez niektórych był nazywany nawet czarnym odpowiednikiem tego drugiego (lata przed tym, zanim Game wpadł na to, żeby się doń porównywać). Tymczasem “Get Rich Or Die Tryin’” to 50, który rozsądnie rozkłada sylaby na bicie, nie śpieszy się, dba o okrągłe linijki i flow dobrze spięte z charakterem podkładu. Teksty nie są przeładowane, dużo w nich wręcz prostackich tekściarskich zagrywek i masa pewności siebie. Być może było to spowodowane tym, że jedna z kul podczas wspominanej strzelaniny trafiła rapera w wargę i musiał przemodelować sposób rapowania, ale moim zdaniem duży wpływ miały na to same przemyślenia 50’ego co do kondycji rynku w USA i zapotrzebowania fanów. Przeformatowanie stylu odbyło się tu na skalę, której nie da się przeoczyć i jest dla mnie ostatecznym potwierdzeniem tego, że Fiddy po prostu bardzo wcześnie wiedział, że publiki nie zdobędzie skomplikowanym rapem śniącym się po nocach podziemnym graczom, ale właśnie chamskim, otwartym, często humorystycznym czy prześmiewczym zestawem zagrywek, które dodatkowo są legitymizowane jego uliczną przeszłością i poczuciem, że jest niezniszczalny.”

Marcin Flint – blogger Polityki i dziennikarz współpracujący m.in z portalem CGM, mimo, że nie jest ogromnym fanem debiutu, nie odmawia mu potężnego wpływu na branżę – odejście od mitycznego przekazu, na rzecz komercjalizacji. „50 Cent interesował mnie na etapie "How to rob", potem dużo mniej. Wygrałem jego debiutancki album w konkursie MTV, ale nigdy go nie lubiłem - uproszczony, bezduszny, wykalkulowany rap, który nie miał prawa nie odnieść sukcesu. I rzeczywiście sukces był ogromny - to lazy flow i ta poza to był szczyt ówczesnego swagu, singli nie dało się nie usłyszeć, gość wydaje się zresztą do dziś pierwszym benchmarkiem w kontekście komercyjnego gangsta rapu. Ten numer z Mobb Deep, gdzie Prodigy i Havoc wyglądają jak jego wasale czy chłopcy na posyłki, to był dla mnie bardzo wymowny, trochę przykry obrazek. Cała ta postać stawia sprawę jasno - masz za sobą dobrą, medialną historię, obok dobrą ekipę i dobrego producenta, to wersy są sprawą zupełnie trzecioplanową. Rola w „uproduktowieniu” rapu nie do przecenienia.


Ta teoria potwierdza się również w słowach Macieja „Siwegodyma” Sęka – szefa Rapnews, mającego również swoją studyjną przeszłość.50 Cent „zaczął się” równo 20 lat temu wraz z premierą singla „Wanksta”. Wielu raperów, którzy wtedy uczyli się mówić, dziś darzy go ogromnym szacunkiem i traktuje jako inspiracje. Jeśli swoją muzyką inspirujesz kolejne pokolenia to znaczy, że miała ona faktyczny wkład w rozwój czegoś większego niż ty sam. 50 zmienił grę nie naginając brzmienia swojego rapu. Jak sam mówił w wywiadzie „dziś nie jestem już na topie, ale był czas, że każdy dzieciak na świecie znał Coca-colę i 50 Centa”. Nie da się ukryć, że (50 Cent – przyp. Red.) nie jest lirycznym geniuszem, nie robił niesamowicie wybitnej muzyki i na pewno w karierze pomogły mu ogromne budżety marketingowe. Jednak to dzięki Fifty’emu, randomowi ludzie w randomowych klubach zaczęli się „bawić do hip-hopu”. „In da Club” było jednym z nielicznych rapowych kawałków, które DJe puszczali na dyskotekach. Techno ziomki odliczające dni do kolejnego Mayday odpalali jego numery w swoich E36. Serio, był czas, że tysiące osób w Polsce na pytanie „czego słuchasz?” odpowiadały „lubię techno i 50 Centa”. „In da club” to nie był po prostu hit, to była rewolucja na parkietach polskich klubów i dyskotek. Wyobraź sobie, jak cały klub się wygina przy 138bpm Agharty Westbama, żeby za chwilę naśladować ruchy z MTV do 90bpm w „In Da Club”. Raper, którego według klipu Em i Dre starannie stworzyli w laboratorium paradoksalnie zachował autentyczność i prawdziwość, którą docenił cały świat rapu. Real G."

50 Cent - In Da Club (Int'l Version)

Komercyjny sukces 50 Centa faktycznie może robić potężne wrażenie. Oczywiście, już wcześniej duże firmy chętnie spoglądały w kierunku raperów by sfinalizować jakiś ciekawy deal reklamowy, jednak to właśnie szef G-Unit wprowadził to na zdecydowanie wyższy poziom. Jak mówi sam bohater tekstu, do dziś dorobił się około 400 (!) przeróżnych kontraktów, które pozwalały mu zarobić nie tylko z muzyki. Stał się wydawcą, stworzył imperium tekstylne (kto nie marzył w tamtych czasach by posiadać chociaż t-shirt z G-Unit?), rozpoczął karierę aktorską, stał się producentem serialu, miał udziały w firmie zajmującej się produkcją słuchawek, miał swój Energy drink, był twarzą firmy produkującej mocniejsze alkohole, czy zdobył licencję promotora bokserskiego. Wszystko przed pięćdziesiątką. Ambicje nie przestawały rosnąć. I chociaż wiele z tych inwestycji nie przyniosły oczekiwanego sukcesu, a sam 50 Cent musiał ogłosić bankructwo – znacząco uchylił furtkę innym raperom do tego, by to nie muzyka była jedynym źródłem ich zarobku.

Wracając jednak do samych mixtape’ów. Zrewolucjonizowanie całej instytucji mixtape’ów przez 50 Centa jest niezaprzeczalne. To on był jednym z pierwszych, którzy poprzez wydawanie niezależnych wydawnictw zaczął budować swoją pozycję i rozpoznawalność. Coś, co stało się normalną praktyką kilka lat później i wywindowało kariery wielu artystów, jak chociażby Meek Mill, J. Cole, Chance The Rapper, czy Wiz Khalifa. Szlaki dla takiego modelu budowania swojej pozycji przetarł właśnie Fifty. I jest to niezaprzeczalne.

I taką opinię podziela Spons - przez wielu uznawany za ojca chrzestnego polskiego trapu. Założyciel Miami Hit Music, jednej z pierwszej tak odważnie stawiających na newschoolowe brzmienie w naszym kraju ekip zwraca uwagę, że współpraca Fifty'ego z DJ'em Whoo Kidem była na tamte czasy nowatorska. "Miał niesamowity wpływ jeśli chodzi o mixtape'y. Nie pamiętam ile dokładnie tego było, ale wydawał tego multum. Czasami on był gospodarzem, a czasami byli to raperzy, którzy mieli swoją dłuższą, bądź krótszą przygodę z G-Unit. Uważam, że na tamte czasy naprawdę zrewolucjonizował scenę pod tym kątem. Nadał temu zupełnie inny sznyt. To nie było tak, że na te projekty trafiały tylko odrzuty, chociaż czasami tak było (śmiech). To nie jest tak, że wydał dwie kompilacje jakichś ziomków, którzy nagrywali, bo im się nudziło. Był z nim DJ Whoo Kid, wszystko miało ręce i nogi i swój właściwy kształt. Fifty kiedyś przy mixtape'ach był kimś takim, jak obecnie jest NBA Youngboy. Myślę, że to dobre porównanie. Wypuszczał dużo materiału, nie dawał o sobie zapomnieć. Czasami był on lepszy, czasem gorszy. Najważniejsze jednak, że nieustannie podsycał zainteresowanie swoją osobą."

Mój redakcyjny kolega - Bartosz Skolasiński zauważa, że w przypadku mixtape'ów, 50 Cent umiejętnie zaczął łączyć dobre wykorzystywanie znanych już bitów, wraz z promocją swoich całkowicie nowych utworów, które spokojnie mogłyby trafiać na pełnoprawne albumy. "50 Cent wpływ na hip-hop miał dość spory z paru powodów. Po pierwsze, zawojował, wspólnie z Dipsetami, scenę mixtape'ową. Na swoich taśmach przerabiał znane hip-hopowe numery, tworząc ich własne wersje, które podobały się jeszcze bardziej niż oryginały. Dodawał do tego nowe kawałki, sprawiając, że jego tape stawał się de facto czymś na kształt albumu. I ten płytowy format tworzenia mixtape'ów to dziś standard."

Bartek słusznie wspomniał również o wielkim impakcie 50 Centa na zaprezentowanie nowego oblicza gangsta rapu w mainstreamie. "Curtis zrewitalizował też gangsta rap w mainstreamie. Przed premierą "Get Rich Or Die Tryin'" w pewnym momencie hip-hopowi artyści kierowali się bardziej ku muzyce pop. Modelowy przykład to hity Bad Boy Records, czy słodka do bólu piosenka o tym, że Nelly poznał Kelly, czyli "Dilemma". 50 wprowadził na nowo uliczne historie do głównego nurtu, torując tym samym drogę takim raperom jak, chociażby Jeezy czy The Game. Griselda też nie miałaby dziś tak łatwo, gdyby nie Curtis Jackson dwadzieścia lat wcześniej. Oczywiście jego muzyka również była momentami odpowiednio wysoftowana ("21 Questions", "Wanna Get To Know You" G-Unit), ale udało się to w dużej mierze właśnie dzięki Cenciakowi."

50 Cent - Your Life's on the Line (Ja Rule Diss) [VO]

Prostota jego muzyki, o której wspominali Marcin Flint, czy Siwydym nie pozwala nam stawiać go w wyścigu do miana Greatest Of All Time, ba - czas jego peaku był stosunkowo krótki, w porównaniu do chociażby Jaya-Z, czy Kanye Westa (pamiętny pojedynek premier „Graduation” Westa i „Curtis” 50 Centa w 2007 to zresztą początek jego powolnego schodzenia z tronu popularności). Jest jednak w jego dorobku coś, co sprawia, że na zawsze pozostanie ikoną i będzie inspirował młodsze pokolenia. Ulice pragną nowego, tak wyrazistego głosu. Dało się to wyczuć, gdy na horyzoncie pokazał się Pop Smoke, który przez barwę głosu i podobny background szybko zaczął być nazywany „nowym 50 Centem”. Zresztą, sam tragicznie zmarły w 2020 roku wymieniał Fifty’ego wśród swoich największych inspiracji. Przedwczesna śmierć pochodzącego z Brooklynu Pop Smoke’a nie pozwoliła jednak by panowie zmaterializowali na wspólnym utworze swój wzajemny szacunek. Stało się to dopiero na wydanym po śmierci albumie „Shoot for the stars, Aim for the moon”, którego zresztą producentem wykonawczym był… 50 Cent.

Pop Smoke - The Woo ft. 50 Cent, Roddy Ricch

Marcin Blind bardzo trafnie określił Fiddy'ego "Thanosem Rapgry". Bohatera tekstu z postacią Marvela nie łączy tylko groza, jaką w pewnym momencie wzbudzał wśród wielu swoich rywali na scenie, ale również finał swojej największej popularności. "Dla mnie Cent to taki rapowy Thanos. Chłop miał swój plan i wiedział, że musi poświęcić wszystko i wszystkich, aby ziściła się jego wizja. Budził grozę w swoich rywalach i sprawił, że cała scena obgryzała paznokcie, oczekując na kogo trafi jego gniewne spojrzenie. Charyzmą mógłby obdzielić połowę mainstreamu, pisał wybitne wersy, a każdy z nich mógł być wytatuowany na jego ciele.

"I ain't gon' spell it out for you mu'fuckas all the time
Are you illiterate, ni**a? You can't read between the lines?
In the Bible, it says what goes around, comes around
"Hommo" shot me, three weeks later he got shot down
Now it's clear that I'm here for a real reason
‘Cause he got hit like I got hit, but he ain't fuckin' breathin'
" (wersy z utworu "Many Man (Wish Death), przyp.red.)

50 Cent - Many Men (Wish Death) (Dirty Version)

Wiedząc, że nie może sam zawładnąć całym uniwersum, wziął na swoje barki kumpli w postaci: Lloyd Banksa, Young Bucka oraz odsiadującego wyrok Tony Yayo, tworząc tym samym supergrupę. Zresztą były to czasy, kiedy każdy wielki raper nagrywał album ze swoimi ziomkami. O znaczeniu tego albumu niech świadczy 10 MILIONÓW sprzedanych egzemplarzy na całym świecie.

Pamiętacie jak porównywałem 50 do Thanosa? Jego również zgładziło to samo: ilość przeciwników. Przez swój niezwykle konfliktowy charakter, konfrontował się z połową sceny. Okazało się to zbyt męczące dla odbiorców. "Curtis" oraz "Before I Self Destruct" wciąż miewało świetne momenty. Jednak publika oraz krytycy mieli już dość jego codziennej obecności w nagłówkach po kolejnej kłótni. Lista Avengers jest znacząca: Fat Joe, Jadakiss, Rick Ross, Diddy, Young Buck, Lil Wayne, Cam’Ron, French Montana, Ja Rule, The Game i wielu innych. Zdecydowanie nasz bohater mógłby napisać rapową wersję "Sztuki wojny". Nie możemy jednak zapomnieć o najważniejszym. 50 Cent jest jednym z najlepszych raperów w historii. Odnajdywał się w każdym klimacie i bez wątpienia jego dwa pierwsze legalne albumy to absolutne klasyki bez żadnego słabego momentu. Sprzedał ponad 30 milionów kopii swoich albumów, zdobył wszystkie najważniejsze nagrody branży i zna go cały świat. Z czasem staliśmy się świadkami upadku króla. Jednak na koniec, to reprezentant Queens będzie mógł w spokoju usiąść i podziwiać wschód słońca..."

Trochę inne spojrzenie na konfliktowość bohatera tekstu ma wspominany już Bartosz Skolasiński. "To, co zawsze najbardziej mi przeszkadzało u 50 Centa, to częste nakierowanie się na beefy z każdym możliwym raperem. Fajnie to wyglądało, kiedy nagrał prześmiewcze klasyczne już dziś "How To Rob", ale te ciągłe konflikty z połową sceny przy okazji promocji kolejnych płyt, były po prostu słabe, niezależnie od tego, czy coś leżało u ich podstaw, czy nie. 50 nie lubił się z między innymi z The Game'em, Nasem, Fat Joe'em, Jadakissem, Ja Rule'em, Kanye Westem, Rickiem Rossem. To się potem przełożyło na to, że inni raperzy i stojące za nimi wytwórnie uznały, że dobrze jest zaognić sytuację i stworzyć w ramach promocji nowego albumu swojego podopiecznego jakiś konflikt, niepotrzebnie wprowadzając niezdrową atmosferę do rap gry."

50 Cent - Piggy Bank

Również w naszym kraju, raperzy darzą dużą estymą dumę Queens. Koldi - założyciel i filar grupy Alcomindz podkreśla, że postać 50 Centa w czasach gimnazjalnych była kluczowa w tym, że zapragnął również spróbować swoich sił za mikrofonem. "Legenda przez największe możliwe L. Człowiek który wdarł się na szczyt rapgry w czasach, kiedy bez odpowiedniego warsztatu zrobić się tego nie dało, przez co wszystko od strony technicznej się zawsze zgadzało. Poza techniką, na zwrotkach facet hipnotyzował swoim leniwym melodic flow na refrenach. Masa klasyków, potężny impact jeśli chodzi o kierunek w jakim poszedł rap na początku XXI wieku. Oczywiście, nawet my jako dzieciaki zafascynowani postaciami takimi jak m.in. 50 Cent, snuliśmy w gimbazjalnych głowach plany, w których też zaczniemy kiedyś pluć w mikrofon. Wizerunkowo, certified OG z krwi i kości, ale też śmieszek i bardzo sprawny prowokator, wystarczy wspomnieć historię z kawałkiem "How to rob" i trollowanie Rozaya, Ja Rule'a czy Floyda Mayweathera. Sam Jay-Z ostrzegał swoje otoczenie, zalecając wyciskanie cytryny dopóki 50 tylko puka do drzwi prowadzących na salony, a nie wpierdala się jeszcze z nutami. To wszystko ważyło i waży swoje. Legenda przez największe możliwe L."

Naprawdę ciężko jest w jednym tekście wspomnieć o wszystkim, zwłaszcza biorąc na tapetę tak barwną postać, jaką niewątpliwie jest 50 Cent. Jego liczne beefy, charakter i bezkompromisowość sprawiły, że na zawsze zostanie zapamiętany przez słuchaczy, nawet jeśli od dawna nie wydał tak mocnego albumu jak "Get Rich or Die Tryin'", czy "The Massacre". 

Jesteśmy tuż przed jego kolejną wizytą w naszym kraju. Każdy, kto jeszcze się waha, czy warto w środę wybrać się do Krakowa gwarantujemy – ten koncert będzie fantastyczną podróżą w czasie. Fifty z pewnością zagra swoje największe hity, a słuchacze, którzy coraz bardziej zbliżają się do trzydziestki, lub dawno już ją osiągnęli znowu poczują te szczeniacką zajawkę, która towarzyszyła na początku XXI wieku. Młodsi za to mają okazję zobaczyć prawdziwą legendę, która sprawiła, że kolejne pokolenia raperów mają znacznie większe możliwości i korzyści płynące z poświęcenia się muzyce. Dla mnie samego będzie to nie lada przeżycie. Niecodziennie zdarza się przecież, że możesz na żywo zobaczyć swojego idola i z pewnością, jednego z ulubionych raperów wszech czasów. W środę temperatura w Krakowie będzie znacznie wyższa niż bywa to podczas normalnych jesiennych wieczorów.

Przypominamy, że bilety na koncert są wciąż dostępne! Wszystkie informacje znajdziecie TUTAJ. Do zobaczenia w Krakowie!

A poniżej wywiad, którzy przeprowadziliśmy z 50 Centem w 2014 roku

50cent wywiad

Tagi: 

ODB RIP
Wszystko fajnie ale wspominanie o żałosnych postaciach polskiej sceny przy tym artykule to spore odklejenie. Na koncercie będę
git_stwosz
no duma rozpierdala JMJ jak Vienia po dzis dzien
Anonim
Dla mnie osobiście 50 Cent jest dobrym raperem ale nie zajebistym nigdy nie był u mnie w top 10 i nigdy w niej się nie znajdzie znam o wiele lepszych raperów z Queens np Craig G., Blaq Poet, Screwball, Mic Geronimo, Big Noyd Royal Flush, Grand Daddy I.U., Kool G Rap, LL Cool J Q Tip, Dres, Akinyele , Pharoahe Monch ale to jest moja subiektywna i osobista ocena więc 50 Cent do tych artystów którzy tutaj są wymienieni przez mnie trochę brakuję więc nigdy nie będzie u mnie w top 10 nawet jak mam parę jego produkcji w swej kolekcji płytowej.
MrD91
FIFTY zawsze był zajebisty pamiętam jak chłopaki z PROSTO nabijali się Fiftiego w Vivie w programie 100 klipów które wstrząsnęły VIVA.
oio
To jak jakby Peszko nabijał się z Cristiano Ronaldo
Proceder
Jestem fanem 50 i to nie jest byle leszcz. Żeby zrozumieć genezę jego beefów najpierw trzeba poznać jego historię zanim osiągnął sukces muzyczny. To jest prawdziwy O.G. Zachęcam do poznania jego ulicznych beefów z samym baronem narkotykowym NY Kenneth "Supreme" McGriff oraz Jimmy Henchmen (menadżer The Gama) i teraz odbiegając nieco od 50, zobaczcie jaki The Game to hipokryta. Nie od dziś wiadomo, że Jimmy Henchmen był zamieszany w pierwszy zamach na 2 Paca, nie pamiętam czy też przypadkiem nie maczał palcy gdy 2 Paca wsadzili niby za gwałt. Reasumując Game woził się z Jimmym, mając na ciele tatuaż 2 Paca. Obecnie Jimmy odsiaduje wyrok, jak się okazało był tajnym informatorem FBI, dlatego przylgnęła do niego ksywka Jimmy "The Rat". Co najlepsze 2Pac zapowiedział mu: "Promised to payback, Jimmy Henchman, in due time I know you bitch ni**as is listenin', the world is mine". 50 rekin ulic od się nie patyczkuje, a muzyka to tylko wierzchołek góry lodowej. W ostatnim czasie pojawiło się sporo podcastów z Tonym Yayo oraz innymi Gangsterami dla których 50 "latał" w młodości, polecam posłuchać anegdotek jest masa i to dość mocnych.
Jaca4674
Fajny komentarz. Czy możesz coś podrzucić konkretnie? Chętnie posłuchałbym takich podcastów. Z góry dziękuję.
Proceder
Cześć, jasne ale linków chyba nie można wklejać. Wpisz sobie na yt : BIMMY ON 50 CENT & SUPREME'S HISTORY & JIMMY HENCHMEN MY EXPERT OPINION EP#133: TONY YAYO & UNCLE MURDA Tony Yayo Tells the Story of G-Unit Tony Yayo on 50 Cent, Lloyd Banks, Young Buck, Game, Ja Rule, Suge Knight
Proceder
:)
Wow
Nie wiedziałem, że 50 Cent jest tak ceniony przez młodsze pokolenia. „(…) kto nie marzył w tamtych czasach by posiadać chociaż t-shirt z G-Unit” Ja nie marzyłem, bo to tak jakby chcieć udające hip-hopowe ciuchy Croppa.
Matrix
Fifty to był przekot, wychowalem sie na jego rapie. Em, snoop, dre, game.
okokokokom
Pierwszy raz z 50 Centem zetknąłem się na soundtracku do 8 Mili, który kupiłem ok 2 miesiące po premierze filmu. Jak usłyszałem jego nawijkę w "Love Me" czy kawałki "Places to Go" czy "Wanksta" to od razu stałem się jego fanem. Pamiętam, że jak zobaczyłem w MTV klip do "Wanksta" to miałem rozjebany mózg bo trochę inaczej go sobie wyobrażałem (50 Centa) :D Później jak w MTV zaczął śmigać singiel "In Da Club" to już wiedziałem, że jego debiut rozjebie, choć nie wiedziałem, że aż na taką skalę, patrząc teraz z perspektywy czasu. Wtedy jeszcze net był chujowy i nie było dostępu do tylu portali i informacji co teraz i pamiętam, że był taki program do ściągnięcia Eminem desksite czy coś w tym stylu i tam dużo info o 50 Cencie się pojawiało przed premierą GRODT.
okokokokom
Pierwszy raz z 50 Centem zetknąłem się na soundtracku do 8 Mili, który kupiłem ok 2 miesiące po premierze filmu. Jak usłyszałem jego nawijkę w "Love Me" czy kawałki "Places to Go" czy "Wanksta" to od razu stałem się jego fanem. Pamiętam, że jak zobaczyłem w MTV klip do "Wanksta" to miałem rozjebany mózg bo trochę inaczej go sobie wyobrażałem (50 Centa) :D Później jak w MTV zaczął śmigać singiel "In Da Club" to już wiedziałem, że jego debiut rozjebie, choć nie wiedziałem, że aż na taką skalę, patrząc teraz z perspektywy czasu. Wtedy jeszcze net był chujowy i nie było dostępu do tylu portali i informacji co teraz i pamiętam, że był taki program do ściągnięcia Eminem desksite czy coś w tym stylu i tam dużo info o 50 Cencie się pojawiało przed premierą GRODT. Dodam jeszcze jak pamiętam jak w tamtych latach 50 był hejtowany przez "znawców prawdziwego hiphopu", że to komercja itd. :D Wszelkiej maści polscy hiphopowi eksperci czy raperzy pokroju Eldo nie mogli zdzierżyć tego, że typ obnosi się tak hajsem :D

Plain text

  • Adresy internetowe są automatycznie zamieniane w odnośniki, które można kliknąć.
  • Dozwolone znaczniki HTML: <a> <em> <strong> <cite> <blockquote> <code> <ul> <ol> <li> <dl> <dt> <dd>