Ryan Leslie "Black Mozart" - recenzja
Producent, tekściarz, wokalista i multiinstrumentalista, grający na gitarze, basie, perkusji, klawiszach i trąbce... a do kompletu od jakiegoś czasu raper, autor "Les Is More", jednej z najlepszych płyt wypuszczonych w 2012 roku. Ryan Leslie postanowił iść za ciosem i rok później rzucić na rynek materiał, buńczucznie nazwany "Black Mozart". O tym, czy jest to klasa oryginalnego Mozarta dyskutować nie będziemy, ale jak nowy album ma się na tle poprzednika?
Na pewno nie jest tak równo i aż tak przestrzennie. "Les Is More" kipiał od rozbudowanych kompozycji, pełnych instrumentów, głębi, pulsacji, na kilometr słychać było, że autor budował wszystko od zera, dokładając kolejne elementy układanki. Tutaj oczywiście podobnie przestrzenne numery również znajdziemy ("History"!), ale obok nich mało zrozumiałe w tym wypadku minimalistyczne odloty, m.in. w kierunku ciężkiego trapowego brzmienia. Twoim największym atutem jest barokowy wręcz przepych i bierzesz się za minimalizm? Serio Ryan? Za tą sprawą krążek traci też na spójności i klimacie - "Les Is More" zgrabnie lawirowało między R&B, soulem a dopieszczonym brzmieniowo mainstreamem, tutaj obok podobnych fragmentów mamy wspomniane agresywne minimalistyczne momenty, które trochę rozbijają koncepcję.
Otwierające album "Carnival Of Venice" to highlife'owa przewózka posadzona na smyczkach, trąbkach i wspierana przez... a jakże, chór wiedeński. Jednak już tytułowy numer idzie mocno w trapowy nastrój - ale cóż, może taką wizję na ten album miał nasz człowiek-orkiestra. Dość jednak narzekania, bo wyjdzie, że mamy do czynienia z niewypałem a tak w żadnym wypadku nie jest. Świetne "History" wpada w ucho, zapada w pamięć, niesie i ujmuje motywującym tekstem oraz brzmieniem. Chilloutowo-pościelówkowe "Lay Down" i "Full Moon" przywodzą na myśl poprzedni album
























