Próba podsumowania ogromu świetnej i ciężkiej do wzajemnego porównania muzyki z ostatniej dekady zmusiła mnie do mocnego przekopania archiwów, by nie przegapić niczego oraz do mocnego wysilenia mózgownicy, by ułożyć je w jak najlepszej kolejności.
Jak bowiem sensownie i obiektywnie porównać płyty Masta Ace'a i 50 Centa? Eminema i Deltron? Commona i Non Phixion? Zajęło to sporo czasu, ale w końcu mam przyjemność przedstawić wam swoje subiektywne zestawienie. Ilu płyt?
Gdy wypisałem wszystkie, które "koniecznie muszą być w dziesiątce" to wyszło ich ponad 20... Przygotowałem więc top 10 z kolejnością miejsc oraz 10 alfabetycznych wyróżnień - a raczej próbowałem. Próbowałem też zawrzeć całość w liczbie 23, bo przecież to ona oznaczała dla Amerykanów mistrzostwo pod koniec ubiegłego wieku.
Jednak obecnie bliższa tego jest liczba 24, czyż nie, drodzy fani Jeziorowców? Dostajecie więc top 10 zakończone miejscem ex aequo oraz 13 wyróżnień...Ograniczyłem się do jednej płyty jednego artysty. Starałem się też uśrednić własne odczucia, ogólny odbiór albumu, jego sprzedaż, oryginalność i znaczenie dla rapu, jednak i tak nie znaczy to, że płyta z miejsca 10 jest mniej warta uwagi niż ta z 5.
Bezwzględnie warto znać każdą z nich, bo każda jest porcją świetnej muzyki a cała lista świetnie ukazuje jak różnorodny potrafi być rap i jak różne gusta potrafi zaspokajać.Wyróżnienia "zerowe"
Jeśli chodzi o rok 2000 to mieliśmy z nim sporą zagwozdkę. Nasze podsumowania obejmują pierwszą dekadę nowego wieku - czyli lata 2001-2010. Jednak znacząca większość zestawień sprzed 10 lat oparta została o lata 90'te, w związku z czym przełomowy 2000 rok znalazł się w dość niezręcznej sytuacji - nie mieszcząc tu ani tu mógł zostać całkiem pominięty. Stąd nasze specjalne wyróżnienia, bo wyszło w nim parę naprawdę mocnych krążków.
Common - Like Water For Chocolate
Moim zdaniem bezsprzecznie najlepsze dzieło w dorobku Lonniego Lynna. Produkcyjnie to głębia, pulsacja i esencja czarnej muzyki, czerpiąca garściami z wpływów jazzu i soulu. Ciepły i spokojny głos Commona w połączeniu z poetyckimi, inteligentnymi i zaangażowanymi tekstami sprawiają, że "Like Water For Chocolate" to płyta nie tylko świetna, ale i ważna.
Deltron 3030 - Deltron 3030
Kosmiczna podróż w przyszłość w wykonaniu trójki geniuszów niezależnych brzmień. Del Tha Funkee Homosapien, Dan The Automator i DJ Kid Koala przenoszą nas do roku 3030, gdzie wszystko wygląda i brzmi inaczej.
Mieszanka oldschoolowej energii z wykręconą tematyką i futurystycznym brzmieniem. To ciężko opisać, tego po prostu trzeba posłuchać.
Eminem - Marshall Mathers LP
Krążek kultowy dla obecnego pokolenia. Największa ikona rapu przełomu wieków w pełni ukazała tu swoje możliwości, kolosalną osobowość i nagrała płytę, którą bezkrytycznie mogli przyjąć zarówno miłośnicy muzycznych telewizji jak i rapowi wyjadacze. 20 milionów sprzedanych egzemplarzy nie wzięło się znikąd i było naprawdę zasłużone.
Wyróżnienia (alfabetycznie)
Blackalicious - The Craft
Całkowicie inny odcień Kalifornii. Głębokie, pełne dusze bity Chiefa Xcela nie mogły trafić w lepsze ręce. Nasączone zaangażowaną, dojrzałą treścią teksty Gaba wyróżniała też świetna technika, słowna gimnastyka oraz wykręcone, łamiące języki flow, przez co wielu fanów niezależnego rapu okrzyknęło go numerem 1 na świecie. Spośród trzech płyt duetu najwyżej cenię tę trzecią. To tu mamy ogniste "Supreme People", zgrabnie nawiązujące do Nasa i Lauryn "Black Diamonds & Pearls" czy gościnny udział George'a Clintona.
Brother Ali - The Undisputed Truth
Nie czytając podsumowania Daniela jestem pewien, że znajdę tam debiut Aliego... Na mnie jednak największe wrażenie zrobiła ta płyta. Począwszy od otwierającego "Whatcha Got", poprzez słoneczne "Daylight" aż po poruszające "Freedom Ain't Free" czy "Faheem". Niezależny rap, z potężną warstwą liryczną, ale i rzadko spotykaną nośnością, która sprawiła, że ciężko traktować najlepszego rapującego albinosa jak ciekawostkę.
Grand Puba - RetroActivePodsumowując
rok 2009 napisałem, że to lepsza wersja "Renaissance" Q-Tipa i
podtrzymuję to zdanie. Weteran z Brand Nubian zaskoczył chyba
wszystkich, powracając z płytą, która zamiast silić się na imitowanie
złotej ery, daje nam muzykę pełną ciepła i duszy, którą chłoniemy jak
gąbka. Doświadczenie, charyzma, niewygasła zajawka, nastrój, głębia.
Muzyka, którą po prostu się czuje.
Kanye West - GraduationJuż
"oczyma duszy" widzę zdziwienie ogarniające 99,5% czytelników.
"Dlaczego nie
College Dropout,
Late Registration czy
My Beautiful...".
Otóż dlatego, że to "Graduation" najpełniej łączy soulowe jazdy Westa z
pierwszymi futurystyczno-kosmicznymi odlotami. Łączy tak, że będąc
sceptycznym do tego, co robił solowo wcześniej, do zakończenia szkolnej
trylogii wracam naprawdę często. Dojrzałość, różnorodność, potężnie
świeża produkcja i coraz lepszy rap, nie uciekający jeszcze w rejony
skrajnej abstrakcji i pompatycznie rozbudowanych wizji. Dyplom z
wyróżnieniem.
Nas - UntitledBez wątpienia kontrowersyjny wybór. "Stillmatic" miał genialne i kultowe już "One Mic", "God's Son" równie kultowe "I Can", a co takiego miał niedoszły "Nigger"? Bezkompromisowo podjął tematykę, w której skandale mogły odciągnąć uwagę od treści. Nie zrobiły tego, bo "Untitled" pełne jest zaangażowanego przekazu (przedstawionego bezpośrednio lub w zawoalowany sposób) i soczystych nowojorskich bitów. Krążek równy, mocny i ważny.
Non Phixion - Future Is NowEkipa nazywana "białym Public Enemy" z uwagi na swój ostry, bezkompromisowy i totalnie niemedialny przekaz. Na bitach DJ Premier, Pete Rock i Large Pro - obok siebie po raz pierwszy od czasu "Illmatica". Na mikrofonach Ill Bill, Sabac Red i Goretex. W głośnikach porcja pełnokrwistego rapowego mięcha, niewygodnych i kontrowersyjnych tematów oraz fatalistycznych obrazów nieuniknionej destrukcji świata.
Pharoahe Monch - DesirePo
paru latach Faraon wrócił w takim stylu, że choć już bez Simona na
tapecie wciąż mówi scenie "Get The Fuck Up". Ogromny, nieszablonowy
talent, potężne umiejętności liryczne, a zarazem brak klapek na oczach
i otwarcie się na różne wpływy i inspiracje. Balansując między
mainstreamowym uderzeniem a undergroundową liryką Monch potwierdził, że
jest jednym z faraonów rapu.
Rick Ross - Port Of MiamiPłyta, po której muzyka, image i całościowe wrażenie dotyczące Rysia poleciały na łeb i na szyję. Jednak samo "Port Of Miami" to niemożliwa porcja najtłustszych mainstreamowych bitów, soczystych refrenów i charyzmatycznej nawijki. Płyta najeżona bangerami, pełna potencjalnych hitów. Płyta grubsza niż jej autor. Płyta, na której 17 z 19 numerów mogłoby z powodzeniem powalczyć jako single. Pod tym względem przebija chyba nawet "The Documentary".
Slim Thug - Already PlatinumJestem
pewien, że ten wybór zdziwił wielu z was. Jednak Slim Thug i The
Neptunes stworzyli na pierwszym solo Thuga połączenie wyborne, które
stawiam ponad dokonania The Clipse. To tutaj bity Pharrella urzekły
mnie i porwały najbardziej (biorąc pod uwagę całokształt). To tutaj
Slim odnalazł się na nich idealnie, łącząc leniwość z wielką charyzmą a
mocny, uliczny przekaz z poczuciem humoru i masą świetnych linijek. To
ta płyta, sprawdzona po entuzjastycznej recenzji Calaka, raz na zawsze przekonała mnie do południowego rapu, który
wcześniej wytrwale odrzucałem i hejtowałem.
Talib Kweli - EardrumTak, to "Eardrum" jest moim numerem jeden w solowym dorobku Kweliego. Kolaż brzmień, przechodzący od głębokiego soulu do surowego boom-bapu. Goście w osobach UGK, Justina Timberlake'a, Roya Ayersa, Nory Jones, Kanye Westa czy KRS'a. 20 numerów, w którym cięzko znaleźć słaby punkt. Połączenie zaangażowanej treści i ambitnych brzmień z mainstreamową obudową i produkcja zachowująca spójność mimo różnorodności.
The Game - DocumentaryTo nie wjazd z buta, to wjazd z buta z klamą w łapie. Debiutancki materiał gracza z Compton ma magazynek przeładowany hitami najwyższej jakości, świetną produkcją i charyzmatyczną nawijką z pazurem. Mainstreamowy rap z jajami, osobowością. "How We Do" to jeden z większych hitów dekady a na "Hate It Or Love It" mimo tytułu chyba nie da się powiedzieć złego słowa.
Twista - KamikazeKrążek, który weteranowi chicagowskiej sceny i najszybszemu wówczas raperowi świata dał zasłużoną sławę i uznanie. Mieszanka ostrych midwestowych jazd ze zgrabnie wyważonym hitowym mainstreamem, w którym palce (aż po łokcie) maczał Kanye West dały wybuchowy efekt. "Slow Jamz", "Overnight Celebrity" czy "Sunshine" znał każdy a to właśnie tu flow Mista Tung Twisty było najbardziej soczyste i najlepiej wykorzystane.
UGK - Underground KingzJedna z lepszych dwupłytówek w rapie, łamiąca stereotypy i zdejmująca wielu klapki z oczu. Miałem umieścić w podsumowaniu "Pimpalation", ale w końcu zdecydowałem się na ostatni materiał duetu. Soczyste, klasyczne Południe w pełnej krasie, uzbrojone w tak różnorodnych gości jak OutKast, Too $hort, Z-Ro, Dizzee Rascal, Talib Kweli czy Big Daddy Kane.
10. Arrested Development - Since The Last TimeNajbardziej
pozytywny, rozśpiewany i umuzykalniony kolektyw w rapie wrócił w pełnym składzie po 10
latach przerwy. Wrócił ze zdwojoną energią, świeżością, otwartością na
świat i muzyczne nurty, stroniąc jednak od podpinania się pod trendy
czy próby reanimowania starych brzmień. Muzyka, która w duszy gra, daje
natchnienie, energię a korzenne afrykańskie rytmy na nowo rozbrzmiewają
z wielką mocą. Eskapada, z której nie będziecie chcieli szybko wracać.
10. 50 Cent - Get Rich Or Die TryinNie
wchodząc w dyskusję o późniejszych dokonaniach - tylko ignorant może
nie chcieć dostrzec, jakie znaczenie dla tej dekady i dla nowojorskiego
mainstreamu miał wielki debiut 50 Centa. "In Da Club" to jeden z
największych hitów, jakie wydał rap a całe "Get Rich Or Die Tryin" to
przykład, jak można z miejsca rozsiąść się na szczycie, zapewniając
sobie sławę i nienawiść hejterów.
9. Lil Wayne - Tha Carter IIIDwayne Carter to jeden z najbardziej chorych i oryginalnych ekscentryków w rapgrze. Człowiek, który swoje pokręcone jazdy przelewa na mikrofon z taką charyzmą, że inspiruje nawet największych. Człowiek, którego poziom liryczny, potężne gierki słowne i niepodrabialne flow są dla wielu przykrywane przez kontrowersyjne aspekty - skrzeczenie, modulację głosu, popowo-rockowe jazdy, autotune'owe wycie. Nie trzeba go kochać a doskonale rozumiem skąd bierze się część krytycznych komentarzy. Jednak tylko ignorant może nie dostrzec na jaki poziom potrafi dotrzeć Weezy. "Tha Carter II" to pozycja mocniejsza treściowo, surowsza rapowo, ale "Tha Carter III" to przekrój przez zajawki, koncepty i cholernie ciekawą osobowość - stąd do topu trafia trójeczka.
8. O.C. - StarchildTak
- wiem, że ta płyta nie wyszła nawet oficjalnie w USA a sam O.C. nie jest z
niej zadowolony. Mam to gdzieś, bo mnie owe 5 lat temu porwała jak mało
który album i stała się soundtrackiem paru dobrych miesięcy życia. Omar
Credle na soczystych bitach mniej znanych producentów serwuje nam
pełnię swoich niebanalnych skillsów. "Starchild" to esencja tego jak
powinien brzmieć hip-hop w XXI wieku. Esencja tego jak powinny brzmieć
pełne duszy i pasji Bity i co powinien robić z nimi MC. Gwiezdne
dziecko w galaktyce chłamu.
7. Gang Starr - OwnerzJestem
pewien, że gdyby ten album nie był wydawnictwem Gang Starra to dziś
wychwalano by go ze wszystkich stron. Jednak wszystkie poprzednie
krążki GNG wytyczały drogi, którymi szedł nowojorski rap i prezentowały
nowe podejście i nowe brzmienie. "The Ownerz" to "tylko" kontynuacja
tego, co dostaliśmy na "Moment Of Truth". Jednak kontynuacja na tyle
smakowita, że nie mogłem o niej zapomnieć.
6. Devin The Dude - To Tha X-tremeWiecznie
wyluzowany, upalony i pełen pozytywnego nastawienia do świata pan
Copeland to artysta, którego po prostu nie da się nie lubić. Takie
numery jak "Anythang", "Kooter Brown" czy tytułowy "To Tha X-treme" to
czysta magia, która naprawdę przenosi nas do innego świata i pozwoli
totalnie odłączyć się od codziennych napięć. Ekstremalnie piękna płyta.
5. Scarface - The FixOstatni
krążek, który otrzymał w "The Source" 5 mikrofonów, gdy magazyn miał
jeszcze jakąś miarodajność. Dowód na to, że gangsta rap może być
dojrzały, refleksyjny i że może wzruszać i porywać tekstowo, zarazem
nie tracąc jaj. Na bitach Kanye West, The Neptunes, Mike Dean czy Nottz
a na mikrofonie chyba najlepszy południowy raper w historii, w wybornej
formie i ze wsparciem Nasa czy Jaya-Z (w samym środku ich konfliktu). A
"In Between Us" to jedna z najpiękniejszych rzeczy, jakie przytrafiły
się rapowi w nowym millenium.
4. The Roots - Tipping PointCzym różnią się Rootsi od innych rapowych ekip z żywymi instrumentami? Przede wszystkim tym, że nabór nie polegał na "mój ziomek podobno gra na basie, weźmy go". To grupa świetnych muzyków, którzy indywidualnie potrafią naprawdę wiele, a łącząc siły nie mają konkurencji. "Tipping Point" to godzinna porcja najlepszego grania, podróżującego po gatunkach, pełnego smaczków, wciągającego i oderwanego od schematów i tradycyjnych podziałów. A do tego "Star" czy "Don't Say Nuthin"... No i ten feat Devina...
3. OutKast - Speakerboxxx/Love BelowO
tej płycie wszystko napisali już
Flint,
Grabiszczy i
Calak. Mogę więc
tylko dodać, że takiego rozmachu, przepychu i rozbudowanej produkcji
wymykającej się wszelakim ramom i szufladkom można szukać ze świecą i
to nie tylko w mainstreamie.
2. Masta Ace - A Long Hot Summer"Disposable Arts" też byłoby w czołówce, ale wygrał krążek z 2004. Płyta,
w której można się zakochać i idealny soundtrack do "lata w mieście".
Klasyczne, ale odpowiednio odświeżone brzmienia. Mistrzowskie, obrazowe
i świetnie opowiedziane miejskie historie, poskładane i nawinięte tak,
że jakichkolwiek wad można by szukać ze świecą. No a "Beautiful" to
moje osobiste top 10 rapu.
1. Jay-Z - Black AlbumHe's not a businessman. He's a business, man. "Black Album" to czarno na białym album mocarny pod każdym względem. Sean Carter, chcąc postawić kropkę nad i w wielkim stylu, spiął się tu na maksimum. Zebrał bity, które kopią dupę ("99 Problems" to jakiś kosmos), wycisnął wszystko ze swojej nawijki, otworzył się przed fanami na do widzenia i stworzył klasyk. Klasyk, który gdyby Jay nie skusił się jak MJ i nie wrócił do gry po przerwie byłby pewnie płytą dekady poza dyskusją - Król wreszcie odchodzi z rapu, nie odchodząc ze świata, kończy w wielkim stylu, z wielkim koncertem, usuwając się w cień. Ale nie ma tak dobrze, głód mikrofonu okazał się silniejszy a "Czarny Album" z pewnością nie jest przez to tak kultowy, jak mógłby być. Mimo to miejsce pierwsze.
Świetna robota, mega przekrojowo- L.A., Houston, N.Y., Chicago. Może brakuje tylko 'Killer'a' Tech N9ne'a, ale ta płyta pewnie będzie ważniejsza dla nowej dekady, patrząc na obrót spraw...
Jeszcze raz- Świetne podsumowanie, duże propsy! Pjona!
Ciężko mi wybrać choćby czołową 30, w wieloma Twoimi wyróżnieniami się zgadzam, ale dodałbym coś Snoopa, Ice Cube'a, na pewno kogoś z Wu-Tangu (nie ma nikogo?!), Nasa i Commona inna płyta, coś z J Dilli może? Od Madliba nie ma nic?
Aha, co do Kanye Westa: wg mnie Graduation to jego najlpsza płyta (może za klika lat, jak już ochłonę po MBDTF zmienię zdanie, nie chcę pochopnie przeceniać tej płytki).
Propsy za ranking, nie było łatwo na pewno, ja na ten moment nie potrafiłbym wybrać, nie ma mowy. Jak przeleciałem półkę z płytami i komputer, nie było możliwe wybrać jednak tej 10. Niemożliwe w 1 dzień, pełno rozkiniania, porównywania, analizowania i w ogóle.
Ranking dobry, ale w mojej opinii 50centów za wysoko. Wg mnie klasyk musi zawierać w sobie coś więcej niż dobre bity.
najśmieszniejsze jest stwierdzenie przy dwóch ostatnich pozycjach: 'tylko ignorant moglby nie zauwazyc, ze blabla', nie wiem kto tu jest ignorantem skoro nie dostrzegasz, ze Blueprint rewolucyjnoscia zamiata to smieszne Get Rich~ podobnie jak cala reszte listy. Carter III to przekrój zajawki i konceptów? Carter III to przekrój bragga, bragga, bragga, suchar, bragga, koncepty są na cholernie niskim poziomie. dalej Madvillainy, Blazing Arrow, Be, APOS,, Below the Heavens, Vaudeville Villain, Disposable Arts - tego mi brakuje.
Taka już moja natura. Jak coś mi się nie podoba to milczał nie będę. Tym bardziej jeśli mam chociaż trochę racji.
Lista całkiem w porządku, zamist Graduation bym dał My Dark... albo Late Registration. cieszy obecność Non Phixion, dziwi niebocność Jedi Mind Tricks.
Posiadanie minimalnej wiedzy naprawdę nie boli...
Mnie osobiście brakuje na liście Blueprinta,Stillmatic,God'Son oraz Blackout! 2 poza tym zgadzam się z autorami rankingów.
Fakt kolego płyta wyszła w 99 wydawało mi się inaczej mój błąd. Nie mam pamięci di dat:D PS. Co do wiedzy to dobrze by było aby każdy wiedział tyle co ja... , ale cóż człowiek przez całe życie się uczy, "głupi się rodzi i głupi umiera". Dla mnie daty wydania płyt nie są podstawowa wiedza, może na starośc jak stanę się sentymetnalny to będę wspominał... "a pamiętasz jak to było 99" :D
@biggg - Hehe, parę razy się zabierałem i zawsze mi umykało, postaram się nadrobić niebawem i całość zgrabnie opisać ;)
@fanrapu - Nad Snoopem myślałem, ale skubany nagrał w tej dekadzie mase klasycznych numerów, ale żadnej od początku do końca równej płyty :)
@SeanPrice - Debiut Centa to dużo więcej niż dobre bity, zauważ, że wspominamy ją nie w kontekście paru hitów i zapomnianego rapera, tylko typa, który na parę lat zdominował mainstream, choć do poziomu debiutu się już nie zbliżył
@piramjida - Wybierając płytę dekady miałem tylko dylemat czy 'Black Album' czy 'Blueprint'. Obie to kamienie milowe i kolosy. 'Carter III' to samo bragga? Rzucę tylko dwa tytuły - 'Dr. Carter', 'Tie My Hands'. Spośród tych, co wymieniłeś - 'Disposable Arts' to też czołówka, ale minimalnie wyżej stawiam 'ALHS'. 'Be' to dla mnie płyta dużo słabsza od genialnego 'Like Water', od 'Blazing Arrow' wolę jednak nieznacznie 'The Craft' a fenomenu MF Dooma chyba nigdy nie skumam :)
@Kadłub - Oj Kadłub, Kadłub - niby czytasz dokładnie, a słowo 'subiektywny' tłumaczyłem dzień wcześniej przy polskim rankingu ;) "Mimo tego, że ranking jest subiektywny (bo jak obiektywnie wybrać najlepszą płytę dziesięciolecia? Wszystko zależy od gustu, a nie czuję się też takim ekspertem i autorytetem, by swoje zestawienie publikować bez zaznaczenia subiektywności) to starałem się nie ograniczać do subiektywnych odczuć i tego, które płyty najbardziej lubię." Po prostu nie uważam się za takiego znawcę czy autorytet by jakiekolwiek zestawienie obejmujące taki okres publikować, bez zaznaczenia subiektywności (choć maksymalnie zobiektywizowanej). To nie ranking ulubionych tylko subiektywnie najlepszych, przy uwzględnieniu wszystkich czynników. Płyty Masta Ace'a słuchałem więcej niż Black Albumu, ale nie umiałbym postawić jej na 1 miejscu, bo ma za wąskie znaczenie, a płyta dekady moim zdaniem musi być tytanem niepodważalnym i znanym przez wszystkich. Dlatego też z Danielem wymienialismy już wczoraj intensywnie uwagi co do miejsc i numeru 1, bo on podszedł do tego trochę inaczej :) W dalszej części trochę się zamotałeś, bo z tego co zrozumiałem to mówisz, że Grand Pubę dałem kierując się sprzedażą i odbiorem a to przecież płyta wydana niezależnie i przespana :) Podobnie przespany jest Slim Thug, którego uwzględniłbym w każdym zestawieniu, w ulubionych płyt na pewno w top 10. A pisząc 'Bo w pełni obiektywnym rankingu nikt by raczej nie umieścił ''Retroactiv'' Puby (ten album to nawet nie jest Top10 roku 2009)' znowu mieszasz swoją opinię z obiektywnością ;) Dla Ciebie nie jest top 10, dla mnie poza nie stricterapowym Cudim był płytą roku i wciąz stawiam dużo wyżej niż 'Renaissance'.
@siouyo - Dla mnie 'Blue Carpet Treatment' to płyta, której po pierwszych pięciu numerach chciałem wystawić 5 a potem im dalej w las tym gorzej ;) Strasznie nierówny krążek, ale z mega mocnymi przebłyskami.
@galicjusz - Oczywiście, że wielu brakuje, dlatego, że rap 2001-2010 to dużo więcej niż 24 dobre płyty, ale jakoś trzeba było wybrać ;) Choć odrzucając niektóre pozycje (jak 'The Grind Date') miałem chętkę jeszcze rozszerzyć liczbę, ale i tak naciągnąłem te wyjściowe 20 do oporu :)
@Buba - 'Warriorz' to mega sztos, ale rok 2000 a w nim jednak za top 3 :)
Pozdrawiam i na dyskusję merytoryczną co do wyborów jestem dalej otwarty ;)
Mateuszu drogi zdecyduj się w końcu czy te rankingi są subiektywne, czy są subiektywne w połowie (czyli ''maksymalnie zobiektywizowane''), czy Bóg wie jakie bo już z tych prób tłumaczenia tego wychodzi masło maślane. Zamiast postawić od samego początku sprawę jasno i zdeklarować się, że albo są subiektywne albo obiektywne (i tego się trzymać) to mówisz tak: ''Mimo tego, że ranking jest subiektywny to starałem się nie ograniczać do subiektywnych odczuć i tego, które płyty najbardziej lubię." No to czyli ranking nie jest subiektywny bo nie ograniczasz się tylko i wyłącznie do swoich odczuć co jest głównym i podstawowym założeniem subiektywizmu. Ale i bierzesz też pod uwagę takie czynniki jak ''... ogólny odbiór albumu, jego sprzedaż, oryginalność i znaczenie dla rapu...''. Z jednej strony to rozumiem Twoją argumentację bo też nie uważam się za takiego znawce żeby kierując się tylko własnym gustem podać kilkanaście tytułów najlepszych płyt dekady i twierdzić, że to jedyny słuszny wybór, a wszystkie inne są do dupy. Ale z drugiej strony powiem Ci, że jak sam bym tworzył taki subiektywny ranking z myślą zamieszczenia go na ogólnodostępnej stronie, gdzie każdy może sobie go przeczytać to wrzuciłbym tam tylko te płyty, które w ciągu ostatniej dekady odcisnęły największe piętno na mnie (i wyraźnie bym zaznaczył, że jest to ranking subiektywny i jak się nie podoba to kiss my ass). Nic innego pod uwagę bym nie brał, nic. Zadnego ogólnego odbioru, ilości sprzedanych nośników, oryginalności, ani znaczenia dla rapu. Tylko i wyłącznie moje prywatne widzi mi się, i wtedy z ręką na sercu mógłbym powiedzieć, że jest to w 100% subiektywne. Bo nic po za moim zdaniem nie miało wpływu na wybór. Więc chodzi mi o to, że jeśli bierzesz przy tworzeniu takiego zestawienia pod uwagę jakieś czynniki zewnętrzne, inne niż tylko i wyłącznie Twój prywatny gust to to już nie ma prawa być nazywane subiektywnym wyborem. Nazwij to jak chcesz, ale nie subiektywne. To tak jak mówić na wyrób czekoladopodobny, że to prawdziwa czekolada;) Myślę, że już teraz zrozumiesz o co mi chodzi i nie będzie potrzeby dalszego ciągnięcia tego tematu bo już teraz zaczyna to przypominać typowo akademicki spór. Moglibyśmy się tak wzajemnie przekonywać do swoich racji do końca roku, a i tak pewnie nie doszlibyśmy do consensusu.
PS.
Wiedz Mateuszu, że nie czepiam się takich nieistotnych w sumie dla ogółu Waszych czytelników (drugiego takiego wariata jak ja, który by się spierał o coś takiego chyba nie znasz;) ) pierdół tylko po to żeby Wam dojebać, czy coś takiego. To nie tak, nie rzucam w Was mięsem, ani nikomu nie ubliżam, zawsze chyba dość klarownie i kulturalnie przedstawiam swoje rację. Ja po prostu zawszę znajdę coś do czego się można przyczepić i nie odmówię sobie przyjemności zrobienia tego;) Ale nie robię tego z grymasem złości na twarzy, to raczej z myślą o Waszych dziennikarskich skillsach;p Nie każdy musi Wam cukrować, krytyka też się czasem przyda. Pomimo tego mojego czepialstwa wiedz, że doceniam i szanuje to co robicie z Danielem.
your rhymes are fifth place and im just grace' - klasyczny Lil Wayne, prędzej bym wymienił Tie My Hands i Don'tgetit, dwa jedyne kawałki, które poruszają jakąkolwiek inną miż bragga tematykę na przekroju płyty z szesnastoma kawałkami, w dodatku z panczlajnami na poziomie 'I don't owe you like two vowels'. co do reszty to mój błąd, nie doczytałem, że jedna płyta jednego artysty, w takim razie ok.
aż nie chciało mi sie tego czytać ale przez Slim Thuga wbiłem.