Open'er Festival 2016 czyli festiwalowy towar eksportowy - relacja

wydarzenie
dodano: 2016-07-05 21:30 przez: Mateusz Natali (komentarze: 3)

To już 15 edycja Open'er Festivalu, muzycznego projektu, który na stałe wpisał się w kalendarze Polaków... i Europejczyków. Pierwszy weekend lipca to coroczne wizyty w Trójmieście (Warszawa pustoszeje wtedy w naprawdę ogromnym stopniu) oraz tłumy polskich i zagranicznych fanów festiwalowej zabawy (w tym roku rekordowe 120 000). Wszechstronny muzycznie line-up i wyrobiona marka sprawiają, że cena biletów staje się utrudnieniem a nie przeszkodą, a kolejne gwiazdy są pod wrażeniem frekwencji i energii płynącej spod sceny. Jakie wrażenia przyniósł tegoroczny Open'er?

Tradycyjnie mocne. Ja udałem się w tym roku jedynie na połowę festiwalu, dokładnie kulminacyjne dni 3 i 4, jako główną atrakcję traktując rzecz jasna koncert Wiza Khalify - tutaj więc muszę pozwolić sobie na małą dygresję. Czy ktoś z czytelników potrafi wyjaśnić mi w jaki sposób i wg jakiego klucza Wiz na Openerowym plakacie pojawił się małym druczkiem, gdzieś w 10 rzędzie, za plejadą średnio rozpoznawalnych pobocznych gości? Bo sam fakt umiejscowienia go w line-upie o 19:45 jeszcze jestem w stanie zrozumieć (ściągnięcie kilku czy kilkudziesięciu tysięcy osób na festiwal 2-3h wcześniej to zawsze szybsze zapełnienie terenu a także dodatkowy zarobek stref gastronomicznych). Jednak pochylmy się na chwilę na plakatem i samymi liczbami (bo w końcu nie decydują one o jakości, ale o popularności i 'wielkości' ksywek już jak najbardziej). Jako główna gwiazda 3 dnia podany został na plakacie niejaki kolektyw LCD Soundsystem. To teraz mały rzut oka na statystyki:

Liczba fanów na FB:
Wiz Khalifa 40 943 000
LCD Soundsystem 748 000

Liczba odsłon najpopularniejszego teledysku:
Wiz Khalifa 1 852 585 000
LCD Soundsystem 2 991 000

Cóż, bardzo chciałbym poznać uzasadnienie, bo z którejkolwiek strony bym nie patrzył to ciężko znaleźć mi logiczne wytłumaczenie. [Edit: Znajomy zwrócił uwagę, że drugie grono artystów ułożone jest alfabetycznie - rzeczywiście, w ogóle nie zwróciłem na to uwagi, zagadka została więc rozwikłana] Ale w końcu logika nie wszędzie znajduje zastosowanie - Portugalia dopiero co awansowała do półfinału Euro nie wygrywając meczu i eliminując Polskę, która znowuż żadnego meczu nie przegrała (o połączeniu Open'era z futbolem dodam jeszcze parę słów na samym końcu relacji). Tak czy tak krajobraz w trakcie koncertu Wiza wyglądał tak:

Go crazy.

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Wiz Khalifa (@wizkhalifa)

 

a 5 minut po nim tak:

 

I to chyba najlepsze podsumowanie. A przechodząc od tej przydługiej dygresji do samego show - co to był za ogień! Do tej pory miałem okazję widzieć Khalifę 3 razy, za każdym razem szalejąc pod sceną, ale i wciąż mając jakieś "ale" do samego występu - głównie z uwagi na band, który rozbijał klimat poprzez niedopasowanie i przearanżowywanie doskonale znanych numerów (to chyba jedyny znany mi przypadek gdy band rzeczywiście działał na minus i pogarszał wrażenia z koncertu). Tracki których siła tkwiła w leniwej słonecznej wibracji rozlatywały się na boki, gdy do bitu dochodziła mocna perkusja i mocny bas. Czekałem więc na Wiza w wersji z samym DJ'em... i wreszcie się doczekałem. Khalifa wparował na scenę w rytm świeżego "Most of us" i zabrał nas w godzinną przeprawę, przy której treningi z Ewą Chodakowską to mały pikuś. Piekące słońce (było jeszcze przed zachodem, a piątek był naprawdę gorącym dniem) w połączeniu z ogromną porcją energii sprawiły, że czuć można się było jak w saunie - a równocześnie z podkręcającym tempo gospodarzem coraz bardziej ożywiała się publika. Od skakania i śpiewania, poprzez nieśmiałe pogo... aż po końcówkę, gdy pod sceną pogo widoczne było z każdej strony i w każdym momencie - nie tylko przy bangerowych "We Dem Boyz" czy "Taylor Gang", ale i spokojnych wczuwkowych pozycjach takich jak "Elevated". Bo też przekrój utworów tradycyjnie był spory - od klasyków pokroju "Never Been", poprzez single z "Rolling Papers", mixtape'owe trapowe strzały, aż po najnowsze numery z płyty "KHALIFA" czy wydane dopiero co "Pull Up". Wszystko nawinięte na perfekcyjnym luzie, z naturalną giętkością i bez hypemana - Wiz wspomagał się jedynie back-wokalami, głównie na refrenach, jednak dyskretnie ulokowane były one w tle i nijak nie wpływały na całościowe wrażenie. Jeżeli powiem, że jeszcze 2 dni po koncercie czułem zakwasy we wszystkich mięśniach to chyba będzie to najlepszym podsumowaniem tego, jak wyglądała zabawa pod sceną.

Tego samego dnia wieczorem czekał nas jeszcze drugi koncert, na który czekaliśmy - młody Kalifornijczyk Vince Staples przejmował bowiem jeden z hangarów. I nie dość, że wypełnił go po brzegi (nie spodziewałem się, że autor "Summertime '06" ma u nas tyle fanów, a tymczasem reakcja na poszczególne hity była naprawdę żywa) to jeszcze pokazał, że na scenie czuje się jak ryba w wodzie. Różnicowanie tempa, energia, kontakt z publiką - wszystko bez zarzutu, a balans między mocną koncertową energią i poważniejszym przekazem został idealnie utrzymany. Long Beach in the building!



Wspomniałem, że piątek był naprawdę gorącym dniem i okazuje się, że... jedynym. Dwa pierwsze dni Open'era przynosiły przelotne deszcze, a w sobotę również pogodowych problemów nie zabrakło, co sprawiło nawet, że delikatnie przesunął się line-up. Na szczęście padać przestało przed głównymi wydarzeniami wieczoru - a w trakcie gdy Niemcy z Włochami walczyli o półfinał na scenie kanonadę hitów przypuścił Pharrell Williams.
Przelot przez przebogaty dorobek, poczynając kooperacji z innymi gwiazdami (Daft Punk, Snoop Dogg), poprzez solowe hity i klasyki N.E.R.D., aż po największe hity ostatnich miesięcy, w których wokalista i producent maczał palce. Show Pharrella dopracowane było w najmniejszych detalach, pełne dodatkowej oprawy wizualnej, tancerek czy atrakcji - takich jak wyciąganie na scenę fanów i wciąganie ich do wspólnej zabawy. Widać było, że wokalista jest pod wrażeniem ogromnej liczby publiczności, ciągnącej się aż po horyzont, a wyrazu uznania w stronę polskiej publiki pojawiały się nie raz. Najbardziej porywająca była jednak końcówka, w trakcie której Williams zaserwował bomby pełne pozytywnej energii w postaci "Get Lucky" i "Happy", zdobył się także na porywającą emocjonalną mowę odnośnie tego, że wokół wszyscy chcą ściągać nas w doł i odrywać od marzeń, jednak nikt nie odbierze nam wolności - poprosił też, by wszyscy wraz z nim skandowali 'freedom' na całe gardło, tak by słyszała nas cała Europa. Udało mu się zbudować naprawdę niesamowity klimat, który potrafił przyprawić o ciarki.



Wzniosły i patetyczny nastrój przedłużyli jeszcze organizatorzy, chwilę po koncercie Pharrella odpalając pokaz fajerwerków z okazji 15 rocznicy Open'era, a atmosferę muzycznego święta idealnie zamknął długim i rozbudowanym setem Kygo, młody fenomen tropical-house'u prosto z nie tak tropikalnej Norwegii. Co ciekawe - w trakcie jego seta zaskoczyć mógł też house'owy remix "Nobody does it better" Warrena G z Nate Doggiem. Wszystko zamknęło natomiast hitowe "Stole The Show", w trakcie którego w publikę wystrzeliła fala konfetti. Tak, tegoroczny Open'er zdecydowanie skradł show - fajnie widzieć, że po zamieszaniu z poszukiwaniem nowego sponsora festiwal ponownie wyszedł na prostą i ściąga na gdyńską ziemię dziesiątki tysięcy fanów muzyki z całej Europy. Można czepiać się szczegółów (Wiz na plakacie) czy elementów logistycznych (w obecnej sytuacji międzynarodowej przy tak wielkim evencie przydałaby się wyjątkowo wytężona kontrola, by do zera zniwelować niebezpieczeństwo przemycenia np. materiałów wybuchowych, tymczasem kontrola oczywiście była, ale na terenie widziało się przeszmuglowane mimo to butelki czy inne akcesoria), jednak całość przebiegała dość sprawnie, uniknęliśmy nawet długiego oczekiwania w kolejkach do openerobusów, które podjeżdżały pod dworzec wręcz taśmowo. Oby tak dalej.

***

PS. Co do muzyki i futbolu - nawiązać muszę do grotestkowej wręcz relacji autorstwa Przemysława Guldy, który w trójmiejskiej Wyborczej napisał np. "Nic tak nie zniszczyło tego wieczoru jak absurdalne próby ożenienia muzyki ze sportem. Przez ponad dwie godziny na festiwalu działy się rzeczy na pograniczu skandalu: przesuwanie w ostatniej chwili momentu rozpoczęcia koncertów, przemieszczenie się publiczności w połowie występu do strefy kibica albo stanie na koncertach z telefonami w ręku i śledzenie meczu zamiast tego, co się dzieje na scenie. To wszystko było co najmniej niezręczne wobec muzyków i samej muzyki. Piłkarze, jak to mają w zwyczaju, przegrali, ale co gorsza - przegrała idea bycia na festiwalu i życia tym, co na nim najważniejsze - muzyką." (cały tekst).

Jako fan muzyki i futbolu muszę przyznać, że ręce mi opadły - zresztą podobne reakcje widziałem na całym facebookowym wallu. 2 lata temu byłem na Splashu w Niemczech (świetny festiwal na 30 000 osób pełen światowych gwiazd) gdzie w trakcie ostatniego dnia miał miejsce final Mundialu - atmosfera piłki unosiła się w powietrzu od samego rana, koncerty zostały przesunięte, na telebimach przy głównej scenie pojawił się mecz, połowa publiki była w koszulkach kadry, pod sceną płonęły race i tłum kibicował niczym na stadionie, YG wyszedł na scenę w koszulce Podolskiego a Wiz Khalifa zaczął opóźniony koncert gratulując mistrzom świata. Wszystko było oczywiste dla każdego zebranego i świetnie połączyło dwa teoretycznie odrębne wydarzenia zbieżne tylko ogromną frekwencją, równocześnie zapewniając niezapomniany klimat. Tymczasem u nas? Przy historycznym sukcesie, który na chwilę porwał cały naród, zapewniając mu porcję niezapomnianych emocji dziennikarz rozpacza ze na tak wielkim evencie dostępna była transmisja (z boku, jedynie dla chętnych a nie kosztem koncertów) i że zepsuło to festiwal. Cóż...

ninjaelo
to Skepty tam nie było czy jak ??
pauljohn2
rapy rapami, ale za nieszanowanie LCD wpierdol się należy...

Plain text

  • Adresy internetowe są automatycznie zamieniane w odnośniki, które można kliknąć.
  • Dozwolone znaczniki HTML: <a> <em> <strong> <cite> <blockquote> <code> <ul> <ol> <li> <dl> <dt> <dd>